Sonisphere Festival: relacja z koncertu Wielkiej Czwórki

Sonisphere Festival: relacja z koncertu Wielkiej Czwórki

Newsy

Dodano: 17 czerwiec 2010
Wiadomość o wspólnej trasie tzw. Wielkiej Czwórki spadła jak grom z jasnego nieba. Szczerze mówiąc, nawet o możliwym koncercie nie śniłem.
Wiadomość o wspólnej trasie tzw. Wielkiej Czwórki spadła jak grom z jasnego nieba. Szczerze mówiąc, nawet o możliwym koncercie nie śniłem. W wywiadach Kerry King (Slayer) nie szczędzi bowiem krytyki (choć szczerej i słusznej) pod adresem Metalliki i jej ostatnich dokonań, a konflikt na linii Slayer - Megadeth sięga trasy koncertowej z pierwszej połowy lat 90. (Rudy Dave notorycznie obrażał muzyków Slayer, udzielając wywiadów). Jednak mimo utarczek, konfliktów i problemów personalnych Anthrax (rotacje z wokalistą ) i wspólnej trudnej historii Metalliki i Megadeth udało się pierwszy raz w historii zebrać komplet czterech gigantów trashu.

Na płytę bemowskiego lotniska dotarłem już po spustoszeniu, jakie siał przez ponad półgodziny pomorski Behemoth. Mając w perspektywie wyżej wspomniany lineup obyłem się bez płaczu. Anthrax zagrał poprawnie pomimo fatalnego nagłośnienia - zbyt głośna stopa i cichy wokal. Każdy kawałek brzmiał świeżo, jednak to nie wystarczyło, by porwać publikę zapewne oszczędzającą się przed następnymi występami. Wąglik grał kawałki głównie ze swoich pierwszych płyt, gdyż dawny frontman Joey Belladonna zdaje się nie akceptować późniejszych dokonań Anthrax z Bushem na wokalu. Miłym akcentem w końcówce był cover Black Sabbath "Heaven and Hell" jako hołd złożony zmarłemu wokaliście Ronniemu Jamesowi Dio.

Organizatorzy Sonisphere Fest nie kazali zbyt długo czekać na występ następnego bandu. Choć po Megadeth spodziewałem się więcej niż po poprzedniej kapeli, nie mam najlepszych wieści. Nagłośnienie bez zmian - tragedia. Wokal Dave`a podobnie,  widać że lata świetności może już tylko wspominać, przykryty kocem, dokładając drewna do kominka. Jakkolwiek życie muzyka rockowego do najłatwiejszych nie należy i jak można wybaczyć Rudemu zniszczone zdrowie i słaby wokal, tak nie potrafię znieść braku polotu, wręcz przysypiania na scenie. Z drugiej strony wzajemnie przeplatające popisy solowe Dave`a i Chrisa Brodericka ( od 2008 w zespole) oraz narzucenie szybszego tempa przez zespół przesuwa nieco środek ciężkości w dobrą stronę. W drugiej, lepszej, części występu, dało się usłyszeć chyba jedyny zapowiedziany przez niezbyt gadatliwego (na koncertach i nie tylko) Mustaine'a "Headcrushera" oraz szlagier "Symphony Of Destruction". Krótkie pożegnanie i bez bisu Megadeth schodzi ze sceny.

Tłum pod sceną gęstnieje z każdą minutą, co sugeruje tylko jedno: przed nami Slayer. Jakiś kwadrans później koncertowy szum przerywa tytułowy kawałek z nowej płyty "World Painted Blood",  którym zabójca rozpoczyna swój występ. Pomimo niemal sędziwego wieku członków kapeli na lotnisko rozlały się dźwięki pełne szaleństwa, agresji i szybkości. Podwójna stopa Dave`a Lombardo niszczyła wszystko. Dalej w kolejce zagrano "Jihad" i "War Ensemble". Jeżeli dodam, że kolejne kawałki to "Dead Skin Mask",  "Angel of Death", "Disciple", South of Heaven", Mandatory Suicide", a wisienką na torcie był "Raining Blood", bez którego ciężko wyobrazić sobie koncert Zabójców, to wystarczy to za całą relację ze wspaniałej sztuki, jaką obdarzył nas Slayer. Z głośników lał się żar energicznej i pełnej jakże zdrowej agresji muzyki, a z twarzy Toma bił promienisty uśmiech, którym zaraził całą publikę. Kerry King niewzruszenie poruszał wytatuowaną głową cały koncert po prostu "robiąc swoje" podobnie jak cała reszta.

Mało brakowało, a występ Slayera mógł nie dojść do skutku. Na wokalistę i basistę Toma Araya  w ostatnim czasie spadły wszystkie nieszczęścia: problemy z gardłem i urazy kręgosłupa stawiają pod wielkim znakiem zapytania dalsze losy zespołu. Przez lata zdzierania gardła, targania ciężkiego basu i headbangingu Tom wylądował w końcu w szpitalu. Dzięki Bogu, a może i Szatanowi, amerykańskim lekarzom udało się poskładać go jednak w jeden kawałek, aby mógł zagrać w Warszawie. Araya nie skakał, ani nie kręcił młynów głową, wyraźnie się oszczędzając. Tym większy szacunek należy się kapeli za poświęcony czas i zdrowie. Całemu zespołowi należy oddać niesamowity po tylu latach grania brak gwiazdorstwa i wzorową postawę na scenie (kawałek za kawałkiem bez przerwy).

Pół godziny później na ekranach ukazał się fragment filmu z muzyką Ennio Morricone i wszyscy już wiedzieli, że nastał ciężki czas pod sceną - ze wszystkich stron napiera tłum, bo każdy pragnie zobaczyć jak łoi Metallica.

Poprzedzający gwiazdę wieczoru Slayer swoim wysokim poziomem podwyższył poprzeczkę, jednak już po genialnym otwieraczu w postaci "Creeping Death" było jasne, że Meta nie przyjechała  do Polski na wczasy. Dość wcześnie zagrano balladę "Fade To Black". James na zmianę używał gitary akustycznej (na statywie ) i elektrycznej. Na szczęście dynamiczny finał kawałka nie pozwolił przysnąć. Mając w pamięci niedawną porażkę zespołu, jaką była płyta "St. Anger", zastanawiałem się, jak na koncercie sprawdzi się muzyka z płyty "Death Magnetic" ( wspomnianą "St. Anger"  zespół wyrzucił z set listy) .

Moje obawy rozwiały się po chwili, bo ze sceny poleciała wiązanka najnowszych kawałków, które poraziły wszystkich świeżością i kopem, jakiego ciężko było szukać na płytach zespołu od czasów "…And Justice For All". Wokal Jamesa odżył po chudych latach i zdaje się wracać do formy, Lars Ulrich walił w bębny jak wściekły, a Hatfield jak za dawnych lat "pomagał" pałkarzowi grać, uderzając prawą ręką w talerze. Z czystym sumieniem można odtrąbić  zakończenie Wielkiej Smuty, jaka spadła na zespół po odejściu Jasona Newsteda.

Kolejne kawałki to już powrót do pierwszych pięciu. Jak z rękawa, bez większych koncertowych przerywników posypały się "Sad But True" (dedykowany pozostałym kapelom z wielkiej czwórki) "Welcome Home (Sanitarium)", kolejny numer z nowej płyty "All Nightmare Long" i standardy, bez których ciężko wyobrazić sobie  jakikolwiek koncert Metalliki - "One",  "Master Of Puppets" , "Enter Sandman" i ostatnia ballada wieczoru "Nothing Else Matters". Przy każdym z tych numerów publika śpiewała razem z Hatfieldem. Na bis cover Queen "Stone Cold Crazy", prawdziwy old school, czyli "Hit The Lights" i "Seek and Destroy".

Set lista bez słabych punktów, cały koncert zagrany sprawnie, James zmieniał gitary jak rękawiczki (oprócz swoich ulubionych explorerów ESP) , można było przy okazji obejrzeć całą kolekcje rzadko używanych "flying V". Po raz pierwszy od wielu lat dało się dojrzeć, że granie dla tej ekipy to czysta przyjemność i zabawa a nie rutyna i kolejne zero na koncie. Jeżeli dołożyć do tego wzorowe brzmienie i standardową pirotechnikę, to w sześciostopniowej skali koncert spokojnie można ocenić na 10.

Sztywne ramy czasowe festiwalu nie pozwoliły na znane z wcześniejszych koncertów rozmówki Jamesa z publicznością, zejścia ze sceny i długie wstępy do kawałków, dlatego Metallica grała jeden utwór za drugim. Zespół i fani mieli nawet ochotę na więcej (pierwszy raz widziałem, że kapela po dwóch godzinach grania nie chce zejść ze sceny), niestety następnych bisów nie było. Żegnając się, Lars zapowiedział szybki powrót do Polski, a James podziękował publiczności i poprzedzającym Metallikę zespołom. Za cały komentarz niech posłużą zaś słowa Kirka Hammeta "You're kicking ass", no i Roberta Trulijo, który powiedział tylko jedno słowo i to po polsku: "Zajebiście".

Marcin Mojski
Black Record Store
Pozostałe newsy muzyczne Zobacz wszystkie
Zobacz także
<span>WILKI</span> Przez dziewczyny

WILKI Przez dziewczyny

<span>TOM ODELL</span> Wrong Crowd

TOM ODELL Wrong Crowd

<span>THE KILLS</span> Ash & Ice

THE KILLS Ash & Ice

<span>LAURA MVULA</span> The Dreaming Room

LAURA MVULA The Dreaming Room

<span>JEAN MICHEL JARRE</span> Electronica 2 - The Heart Of Noise

JEAN MICHEL JARRE Electronica 2 - The Heart Of Noise

<span>KINGA GŁYK</span> Happy Birthday Live

KINGA GŁYK Happy Birthday Live

<span>BETH ORTON</span> Kidsticks

BETH ORTON Kidsticks

<span>METHYL ETHEL</span> Oh Inhuman Spectacle

METHYL ETHEL Oh Inhuman Spectacle

 
Audio - wrzesień 2016

Strefa Magazynu

Audio 09/2016

Rynek audio zmienia się szybko i podąża w różnych kierunkach. Zmiany te czasami zaskakują nawet ekspertów i najbardziej doświadczone firmy, dlatego nie chcąc zostać w tyle, coraz częściej reagują one jak najszybciej.

Odbierz prezent

Zamów prenumeratę miesięcznika
Audio, a otrzymasz wybraną
przez siebie płytę z naszej kolekcji!
Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio