Morrissey w Krakowie - rockowa elegancja

Morrissey w Krakowie - rockowa elegancja

Newsy

Dodano: 25 lipiec 2011

Co to się porobiło?! 15 stopni i deszcz w środku wakacji! Taka pogoda towarzyszyła mi, gdy w piątkowy wieczór 22 lipca wybrałem się na koncert Morriseya do krakowskiego klubu Studio. Na szczęście wokalista niezapomnianych The Smiths rozgrzał nas (publiczność) swoją energią i elegancją.

Przyznam, że troszeczkę obawiałem się o frekwencję - już kilka znaczących gwiazd miało nieprzyjemność grać przy wypełnionych zaledwie w połowie klubach w Polsce. Na szczęście fani Brytyjczyka dopisali. Co więcej, obok Polaków w Krakowie stawili się także Czesi, Słowacy, a nawet Szkoci (tego akcentu nie można pomylić)!

Od początku dało się wyczuć atmosferę muzycznego święta - dawno nie byłem na koncercie, na którym właściwie wszyscy zdawali sobie sprawę, po co przyszli do klubu. Nie było gimnazjalnej gówniarzerii (taaa, odezwał się staruszek), większość publiki stanowili ludzie po studiach, elegancko (jak na rockowy klub) ubrani. Panowie w koszulach (niektórzy nawet marynarkach), panie w sukienkach. Dlatego ja, w swoim "roboczym stroju" - adidasy, jeansy i t-shirt, czułem się trochę niezgrabnie. Na szczęście stojąc w kolejce po piwo, spotkałem Czesława Mozila ubranego podobnie do mnie, więc moje zakłopotanie znikło :)

Na rozgrzewkę zagrali The Heartbreaks z, a jakże, Manchesteru, opierający swój styl na brit popie z rejonów Oasis i Supergrass. Wystarczyło tylko popatrzeć na perkusistę z pięknie ułożoną fryzurą a la bracia Gallagher, by wiedzieć, z czym się je muzykę kwartetu. Support jak najbardziej sensowny, ponieważ - pomijając miejsce pochodzenia - brit pop jest niejako dzieckiem new wavu spod znaku The Smiths.

Po występie wspomnianej czwórki na dużym ekranie zostały wyświetlone filmy z czasów rockabilly, niestety nie oglądnąłem ich w całości, gdyż w tym czasie zająłem się zdobywaniem kolejnego piwa. Punktualnie o 21:00, jak przystało na gentlemana, na scenie pojawił się Morrissey wraz z zespołem. Już na początek zaserwowali klasykę Kowalskich - "I want the one I can`t have" - nie ostatnią tego wieczoru. Na scenę poleciały kwiaty od rozgorączkowanych fanek, a dostojny wokalista po raz pierwszy szarmancko podziękował za gorące przyjęcie.

Morrissey generalnie był bardzo oszczędny w słowach i ekspresji. Miejscami wydawał się jakby tylko i wyłącznie wykonywał pracę zabawiacza publiczności. Na szczęście to było złudne wrażenie - Morrissey kilkukrotnie dowcipnie zagadał do nas, co jakiś czas podchodził do fanów, by uścisnąć im ręce. I najważniejsze - błyszczał doskonałą formą wokalną. Choć właściwie nie musiał, gdyż większość piosenek zaśpiewała razem z nim publiczność. Najlepiej przyjęty został (i najgłośniej odśpiewany) oczywiście solowy przebój Morrisseya "Everyday is like a Sunday", nieźle niosło się też "One day goodbye will be farewell", wreszcie kolejny song The Smiths "There is a light that never goes out". Podobać mógł się też cover Lou Reeda "Satellite of love".

Morrissey, jak przystało na ambasadora PETA zarządził swoim muzykom ubranie t-shirtów z napisem "Fuck fur", a na koniec żywiołowo odegrał "Meat is murder", w tle wyświetlając dramatyczne filmy z rzeźni...

A propos zespołu - wokaliście towarzyszył skład, który nagrał z nim ostatnią płytę "Years of Refusal" (z 2009). Za perkusją usiadł Matt Walker, który oprócz tradycyjnego zestawu posługiwał się ogromnym kotłem oraz gongiem wiszącym za jego plecami (przydał się w finale). Gitarzysta rytmiczny Boz Boorer, na co dzień parający się tworzeniem new rockabilly, fajnie budował atmosferę swoją grą, natomiast solówkami czarował Meksykanin Jesse Tobias.

Różne są zdania na temat tego, czy koncert powinien pozostawić po sobie niedosyt. Występowanie owego może z jednej strony świadczyć o tym, że artysta odstawił chałę, ale z drugiej - że grał tak znakomicie, iż chciałoby się go oglądać jeszcze i jeszcze. W przypadku Morrisseya mamy do czynienia z tą drugą sytuacją. Krótki, bo trwający ledwie 65 minut set, był rewelacyjny. Dlatego szkoda, że tak szybko się skończył. Tym niemniej wokalista pozostawił po sobie znakomite wrażenie i mam nadzieję, że jeszcze dane mi będzie go zobaczyć na żywo.

Jerzy Gibadło

Black Record Store
Pozostałe newsy muzyczne Zobacz wszystkie
Zobacz także
<span>TED NOVAK</span> Monument Valley

TED NOVAK Monument Valley

<span>BOBBY PREVITE</span> Gone

BOBBY PREVITE Gone

<span>JAZZ Q</span> Elegie

JAZZ Q Elegie

<span>ANNIE ROSS / NOVI SINGERS</span> Jazz Jamboree ’65 vol. 2

ANNIE ROSS / NOVI SINGERS Jazz Jamboree ’65 vol. 2

<span>ANNIE ROSS / NOVI SINGERS</span> Jazz Jamboree `65 vol. 1

ANNIE ROSS / NOVI SINGERS Jazz Jamboree `65 vol. 1

<span>GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA</span> Kochaj mnie

GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA Kochaj mnie

<span>WILCO</span> Schmilco

WILCO Schmilco

<span>BEN HARPER & THE INNOCENT CRIMINALS</span> Call It What It Is

BEN HARPER & THE INNOCENT CRIMINALS Call It What It Is

 
Audio - grudzień 2016

Strefa Magazynu

Audio 12/2016

Rynek audio zmienia się szybko i podąża w różnych kierunkach. Zmiany te czasami zaskakują nawet ekspertów i najbardziej doświadczone firmy, dlatego nie chcąc zostać w tyle, coraz częściej reagują one jak najszybciej.

Odbierz prezent

Zamów prenumeratę miesięcznika
Audio, a otrzymasz wybraną
przez siebie płytę z naszej kolekcji!
Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio