Heaven Shall Burn czyli perełka na Woodstocku

Heaven Shall Burn czyli perełka na Woodstocku

Newsy

Dodano: 11 sierpień 2011

Tegoroczna edycja Przystanku Woodstock pod względem line-up`u niezaprzeczalnie należała do jednej z najlepszych w jego historii. Nie do końca odpowiada mi formuła tego festiwalu, ponieważ osobiście męczą mnie takie masowe spędy. Zapewne nie wybrałbym się więc do Kostrzyna, gdyby nie koncert zespołu zza naszej zachodniej granicy, a mianowicie Heaven Shall Burn.

Zespół, o którym mowa, od dawien dawna należy do ścisłej czołówki moich ulubionych twórców. Nie tylko z powodu świetnej, trzymającej równy poziom od początkowych etapów działalności, muzyki, ale i zaangażowanej postawy, którą można dostrzec w ich lirykach, teledyskach, wywiadach z muzykami.

Wyborna warstwa muzyczna z inteligentnie przekazywanymi treściami typu krytyka władzy, religijnej obłudy, rozwiązywania konfliktów w drodze wojny; antyfaszyzm, prawa zwierząt, przyciągnął do Heaven Shall Burn niejednego zwolennika metalowego brzmienia wzbogaconego o hardcore`owe zacięcie. Zawsze lubiłem autentyczność i szczerość, jaka bije z kompozycji Heaven Shall Burn, ale i wzorowe podejście do fanów oraz swobodę w poruszaniu się na granicy muzycznych stylistyk. W związku z powyższym, uznałem, że warto będzie przemęczyć się kilkanaście godzin w śmierdzących pociągach PKP, żeby przebyć te 700 km i dotrzeć na ów koncert.

Nie jestem w stanie powiedzieć, co dokładnie grało tego dnia na Woodstocku, gdyż po przysłowiowym "rzuceniu okiem" na rozpiskę, kompletnie nie byłem tym zainteresowany. Zjawiliśmy się w okolicach sceny ok. 21, aby zająć w miarę dogodną pozycję i w końcu doczekaliśmy się...

Heaven Shall Burn wyszli punktualnie i już od pierwszych dźwięków słychać było niesamowity power. Ciężkie połączenie death metalu na szwedzką modłę z core`owymi breakdownami sprawiło, że w mgnieniu oka publika oszalała. Najwyraźniej ludzie zmęczeni byli już nudnymi jak flaki z olejem indie/reggae`owymi zespolikami i potrzebowali czegoś konkretnego. Nawet ci przechodzący przypadkiem nieopodal sceny, zapewne mający rzadką styczność z taką muzyką, przystawali na chwilę i bardzo ciepło wyrażali się na temat HSB.

Uwagę przykuwała sceniczna aktywność- kolesie starali się nie "zastygać", dość żwawo poruszając się w rytm odgrywanych utworów. Prym wiódł charyzmatyczny wokalista Marcus Bischoff, którego głos może nie jest już tak mocny jak kiedyś, ale facet wciąż zasługuje na miano bardzo dobrego frontmana. Sympatyczny kontakt z publiką, dzielenie się z nią niektórymi refrenami, ogromne pokłady energii - wszystko to miało niewątpliwe znaczenie przy odbiorze całości występu. 

Muzycy zaprezentowali się w jednolitych, czerwonych uniformach, co od pewnego czasu stało się już tradycją.

Brzmieniowo miałbym trochę zastrzeżeń. Momentami słychać było zbyt duży łomot spowodowany głównie "karabinowymi" partiami podwójnej stopy, która zagłuszała potrzebujące selektywności melodyjne riffy gitar. Generalnie jednak można było przymknąć na to oko.

Nie pamiętam dokładnie, którym utworem Heaven Shall Burn rozpoczęli swój koncert ("Omen" z ostatniej płyty, jeśli dobrze pamiętam), ale setlista była bardzo przekrojowa. Uświadczyliśmy praktycznie samych hitów z różnych okresów: "Counterweight" z "Deaf To Our Prayers" (liczyłem na "Trespassing The Shores Of Your World", którego monumentalne zwolnienie na pewno zrobiłoby ogromne wrażenie), "Voice Of The Voiceless" z "Antigone", "Endzeit" (poprzedzony mistrzowskim intrem skomponowanym przez Ólafur Arnalds) i "Forlorn Skies" z "Iconoclast", "Combat" z najnowszego "Invictus" czy "Behind The Wall Of Silence" z leciwego, choć wciąż genialnego albumu "Whatever It May Take". Na koniec zespół bisował coverem zapomnianego Edge Of Sanity - "Black Tears". Szczerze zawiedliśmy się brakiem numeru "Armia" - opowiadającego o Powstaniu Warszawskim. Tym dziwniejsze wydawało się to, zważywszy na rocznicę jego wybuchu, która miała miejsce kilka dni wcześniej.

Nie bez powodu w relacjach "po-woodstockowych" Heaven Shall Burn wymieniane jest jako jeden z najlepszych występów, jakie miały miejsce na kostrzyńskim polu w tym roku. Był to bowiem naprawdę świetny show z charakterem i w niesamowitej oprawie (ogromna scena woodstockowa robi wrażenie). Cieszy również fakt, że organizatorzy biorą pod uwagę zespoły tego typu przy dobieraniu składu i z roku na rok jest w tym temacie coraz ciekawiej. Miejmy nadzieję, że i za rok wyłuskają jakąś perełkę.

Kwiecio

Black Record Store
Pozostałe newsy muzyczne Zobacz wszystkie
Zobacz także
<span>TED NOVAK</span> Monument Valley

TED NOVAK Monument Valley

<span>BOBBY PREVITE</span> Gone

BOBBY PREVITE Gone

<span>JAZZ Q</span> Elegie

JAZZ Q Elegie

<span>ANNIE ROSS / NOVI SINGERS</span> Jazz Jamboree ’65 vol. 2

ANNIE ROSS / NOVI SINGERS Jazz Jamboree ’65 vol. 2

<span>ANNIE ROSS / NOVI SINGERS</span> Jazz Jamboree `65 vol. 1

ANNIE ROSS / NOVI SINGERS Jazz Jamboree `65 vol. 1

<span>GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA</span> Kochaj mnie

GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA Kochaj mnie

<span>WILCO</span> Schmilco

WILCO Schmilco

<span>BEN HARPER & THE INNOCENT CRIMINALS</span> Call It What It Is

BEN HARPER & THE INNOCENT CRIMINALS Call It What It Is

 
Audio - grudzień 2016

Strefa Magazynu

Audio 12/2016

Rynek audio zmienia się szybko i podąża w różnych kierunkach. Zmiany te czasami zaskakują nawet ekspertów i najbardziej doświadczone firmy, dlatego nie chcąc zostać w tyle, coraz częściej reagują one jak najszybciej.

Odbierz prezent

Zamów prenumeratę miesięcznika
Audio, a otrzymasz wybraną
przez siebie płytę z naszej kolekcji!
Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio