Spirit In The Room

TOM JONES
Spirit In The Room

Kameralne piosenki

To nieco zaskakujące, że pojawienie się tego tytułu, sygnowanego przez najbardziej charyzmatycznego piosenkarza z Wysp Brytyjskich, podzieliło rzesze fanów. Rozczarowani chcieliby zapewne, aby Jones – jak w minionych dekadach, niczym super wodzirej sali balowej - porywał do tańca tłumy walcem "Delilah" czy dysk-tekowym "Kiss". On tymczasem zrobił unik. Być może uznał, że w dziedzinie muzyki rozrywkowej o gorącej narracji wyśpiewał już swoje, a stać go na zaprezentowanie się z nieznanej jeszcze strony, by fanom kontemplującym w fotelu też coś ważnego przekazać.

Na zdjęciach do kompaktu widzimy mężczyznę, który, nie kryjąc zmarszczek, obdarza nas naturalnym spojrzeniem z lekkim (nieprogramowanym) uśmieszkiem, jakby chciał powiedzieć: Tak, teraz taki jestem! Tom Jones nagrywa nowe tytuły relatywnie rzadko, a jego wczesne płyty nadal sprzedają się znakomicie i może pochwalić się przekroczeniem magicznej liczby 100 milionów egzemplarzy kupionych przez fanów. Po zdobyciu dziesiątków tytułów i nagród nie musi już niczego udowadniać. To właśnie on, a nie nikt inny, dostąpił zaszczytu śpiewania w duecie z Elvisem Presleyem na prywatnych spotkaniach w Las Vegas.

Tom Jones od lat współpracuje z młodszymi artystami, z czego z pewnością czerpie energię i inspirację do kolejnych projektów. Jakby próbą generalną przed ukazaniem się niniejszego tytułu była sesja nagraniowa do "Praise and Blame" w 2010 r. Był to pierwszy owoc współpracy między Jonesem a znacznie młodszym gitarzystą i producentem Ethanem Johnsem (produkował m.in. grupę Kings of Leon).

Ethan jest synem Glyna, jednego z najważniejszych producentów i inżynierów nagraniowych w historii rocka. Dobre geny przeszły na syna, który wydaje się, że zaskoczy nas jeszcze niejednym wystrzałowym projektem. Ethan Johns wyczuł olbrzymie możliwości w kameralnym zaprezentowaniu Jonesa, którego potężny głos niekoniecznie potrzebuje tła wielkiej orkiestry czy ognistego combo.

Wokalizy Toma Jonesa tak bezbłędnie splatają się z liniami gitar, że doznajemy wrażenia, iż on sam sobie akompaniuje. Jego potężny baryton porusza jak dawniej, ale i ukazuje się przed nami z nieznanej, nadzwyczaj subtelnej strony. Partie wokalne zostały nagrane na najwyższym poziomie z oddaniem wszelkich detali kunsztu Jonesa; warstwa instrumentalna jest bardzo wysokiej jakości, ale odrobinę jej brakuje do w pełni audiofilskiego standardu. Wydano dwie wersje albumu zawierające 10 lub 13 piosenek; warto przedłużyć nastrój zbudowany przez dziesięć piosenek o kolejne trzy.

"Spirit In The Room" został nagrany właściwie w czteroosobowym składzie towarzyszącym. Johns jest multiinstrumentalistą, choć najpełniej wypowiada się na gitarach. W większości utworów dyskretne, ale momentami z należytym dramatyzmem, pojawiają się partie instrumentów klawiszowych i akordeonu Richarda Causona. Również z drugiego planu dobiegają - raz po raz - akcenty perkusyjne preparowane niewymuszenie przez Stellę Mozgawę. W kilku utworach podkreślają akuratnie rytm basiści Sam Dixon lub Ian Jennings. Dominuje oczywiście głos Jonesa, ale jest to inny rodzaj dominacji niż ten znany dotychczas.

Wydawało się, że po mistrzowskich wykonaniach "Tower of Song" przez Leonarda Cohena, Marianne Faithful i Cohena z U2, żadna kolejna interpretacja nie wniesie już nic nowego, a tymczasem od pierwszej wyśpiewanej zwrotki wydaje się, że to Jones kreśli autobiografię, podkreślając głosem poetyckie subtelności tekstu. Ta subtelność emanuje z każdej kolejnej piosenki tego balladowego zbioru. "I Want to Come Home" (Paula McCartneya) oraz "Love and Blessings" (Paula Simona) nawiązują do klimatów folkowych, a dramatyczny "Soul of Man" (Blind Willie Johnsona) – do bluesa. Porusza do głębi surowy "Bad as Me" (Toma Waitsa) z orientalnymi ornamentacjami i bezkompromisową narracją wokalną.

Nigdy głos Toma Jonesa nie był tak łagodny i rozmarzony jak w kołysance "Dimming of the Day" (Richarda Thompsona) i w szancie "Lone Pilgrim" (Jonesa i Johnsa). Podgrzewają lekko atmosferę skifflowy "Hit or Miss" i zamaszysty boogie-blues "Travelling Shoes" (Jonesa i Johnsa). Ponownego wzruszenia dostarcza piosenka "Charlie Darwin" z akompaniamentem chóru kościelnego, pozostawiając nas w nastroju zadumy. Takich doznań byśmy się po Jonesie nie spodziewali. Przyjść może też refleksja, czy gdyby żył Presley, też spreparowałby album w tak intymnym stylu.

Cezary Gumiński
ISLAND/UNIVERSAL

Inne płyty
tego wykonawcy
  • Wykonanie
  • Nagranie
Inne recenzje
<span>GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA</span> Kochaj mnie

GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA Kochaj mnie

<span>WILCO</span> Schmilco

WILCO Schmilco

<span>SMOLIK GROSIAK MIUOSH</span> Historie

SMOLIK GROSIAK MIUOSH Historie

<span>BLOOD ORANGE</span> Freetown Sound

BLOOD ORANGE Freetown Sound

<span>RAFAŁ GRZĄKA i ATOM STRING QUARTET</span> Atom Accordion Quintet

RAFAŁ GRZĄKA i ATOM STRING QUARTET Atom Accordion Quintet

<span>MACY GRAY</span> Stripped

MACY GRAY Stripped

<span>MICHAEL WOLLNY & VINCENT PEIRANI</span> Tandem

MICHAEL WOLLNY & VINCENT PEIRANI Tandem

<span>JACK WHITE</span> Acoustic Recordings 1998-2016

JACK WHITE Acoustic Recordings 1998-2016

 
Audio - grudzień 2016

Strefa Magazynu

Audio 12/2016

Rynek audio zmienia się szybko i podąża w różnych kierunkach. Zmiany te czasami zaskakują nawet ekspertów i najbardziej doświadczone firmy, dlatego nie chcąc zostać w tyle, coraz częściej reagują one jak najszybciej.

Odbierz prezent

Zamów prenumeratę miesięcznika
Audio, a otrzymasz wybraną
przez siebie płytę z naszej kolekcji!
Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio