Origins

ELUVEITIE
Origins

Metal

Szwajcarzy z Eluveitie nie zwalniają tempa i ponownie cieszą uszy fanów nowym wydawnictwem. "Origins" to siódmy album w dyskografii zespołu i jeden z najlepszych, jakie do tej pory formacja nagrała.

Ośmioosobowy skład szwajcarskiej formacji to konglomerat charakterów, pomysłów, a przede wszystkim, niezwykle utalentowanych muzyków i kompozytorów, którzy sukcesywnie podbijają serca fanów melodyjnego, acz urozmaiconego folkowym instrumentarium metalu na całym globie.

Moje serce skradli już na etapie albumu "Slania", który jeszcze długo nie opuści w pełni zasłużonego miejsca na tronie. Od tamtej pory zespół dowodzony przez Chrigela Glanzmanna odpowiedzialnego przede wszystkim za śpiew i grę na piszczałkach oraz innych tego typu przeszkadzajkach, sprawdził się zarówno w czysto akustycznej formule, jak i niemal bezlitośnie brutalnej młócce, czego dowiedli na "Helvetios", pozostającym bodaj najbardziej death metalowym albumem w karierze Eluveitie.

Rzecz może jednak ulec zmianie, gdyż "Origins" cechuje niespotykana dotąd wcześniej wściekłość napędzana przede wszystkim blastem, ale również samymi wokalami Chrigela i pięknej Anny Murphy, która wreszcie dostała jeden numer całkiem dla siebie - równoważący metalowe łojenie singiel "Call of The Mountains".

Wybrany całkiem nieprzypadkowo utwór przypomina o obliczu zespołu z czasu "Arcane Dominion" i po cichu liczę na to, że nie jest to jednorazowy wybryk i wkrótce doczekamy się kolejnej części tego projektu. Emocje, jakie wzbudzał ten akustyczny i wprost przepiękny album, tlą się we mnie do dziś, i rad byłby gdyby ów temat wznowiono. Sam utwór śmiało można porównać do - teraz już klasyka - "Omnos".

Prosty, chwytliwy, bez specjalnego kombinowania. Kwintesencja Eluveitie w Eluveitie. Refren szybko wwierca się w pamięć i ręczę za to, że długo jej nie opuści. Swoją drogą ten multigenderowy zespół równie dobrze pisze metalowe petardy, do których chce się wracać, aby wykrzykiwać kolejne frazy razem z Chrigelem, jak i piękne, mniej zobowiązujące - nie bójmy się tego powiedzieć - piosenki.

Z zestawu premierowych dwunastu (pełnych) utworów na szczególną uwagę, poza rzeczonym singlem, zasługuje choćby utrzymany w podobnej konwencji, będący czymś na kształt hymnu, utrzymany w średnim tempie "Celtos". Ilekroć grupa zwalnia, aby czarować słuchacza klimatem, łapię się na tym, że wolę właśnie takie oblicze Szwajcarów.

Nie żeby regularny wpieprz na dwie stopy mnie nie kręcił, ale prawdziwa moc Eluveitie objawia się w mniej agresywnych utworach. Do tego właśnie w nich, jak choćby w "Vianna" (kolejny singiel?) multiinstrumentalny skład wciska najlepsze solówki (a tu naprzemiennie, jak nie flet, to gitara - choć sześciu strun w tej materii jest zdecydowanie za mało!).

Brzmieniowo zespół z Zurychu nie kombinuje, bo i po co. Gdzieś na etapie "Slani" grupa wypracowała własny, specyficzny sound, choć z krążka na krążek ulegający drobnym modyfikacjom. Tym razem, w odniesieniu do choćby "Helvetios", wokale są mniej eksponowane na rzecz sekcji rytmicznej, co winno cieszyć, bo bas w Eluveitie traktowany był, no, cóż, po macoszemu...

Poza tym wszystko "gro i buczy" jak powinno, a przy tak bogatym instrumentarium nie jest to takie proste. Chylę czoła realizatorom pracującym ze Szwajcarami, a także akustykowi grupy, który dba o brzmienie zespołu na koncertach. Tutaj śmiało mogę zapewnić, że w jednym jak i drugim przypadku nie ma mowy o fuszerce.

Rozszerzona wersja albumu, będąca dodatkiem do zamówień internetowych zawiera - a jakże - singiel "Call of The Mountains" w czterech wersjach językowych. Szwajcarzy prezentują więc utwór po "swojemu", niemiecku, włosku i francusku. Anna Murphy, będąca główną twarzą tej piosenki w każdej z jego wersji wypada, co najmniej bardzo przyzwoicie. Oczywiście, oryginał, jako że rozumiem go w całości, jest mi bliższy ale - czego się zupełnie nie spodziewałem - niemieckojęzyczny wariant przemawia do mnie równie mocno co pierwowzór. Jeśli będziecie mieć okazję, sprawdźcie koniecznie.

Podsumowując: "Origins" to kolejny dobry album w karierze Eluveitie. Nie zmieniający całej folkowo-melo-deathmetalowej gry, ale nie ujmujący chwały i potęgi Eluveitie. Ot, jeszcze jeden krążek, który warto mieć na półce. Czy się do niego będzie wracało, czy nie, jedno jest pewne - Szwajcaria może być dumna z takich protegowanych.

Eluveitie nie zawodzi i reszta pogańskiej śmietanki powinna się od Szwajcarów uczyć. Mają czego, bo żaden inny zespół, który cieszy się popularnością w folkowym światku, nie gra tak brutalnie i przebojowo jak Szwajcarzy. Wydaje się, że jest to dla nich zupełnie naturalne. I niech tak pozostanie.

Grzegorz "Chain" Pindor
Nuclear Blast

Inne płyty
tego wykonawcy
  • Wykonanie
  • Nagranie
Inne recenzje
<span>VAN CANTO</span> Voices Of Fire

VAN CANTO Voices Of Fire

<span>BABYMETAL</span> Metal Resistance

BABYMETAL Metal Resistance

<span>SAINT ASONIA</span> Saint Asonia

SAINT ASONIA Saint Asonia

<span>SCORPIONS</span> Blackout

SCORPIONS Blackout

<span>RAMMSTEIN</span> In America

RAMMSTEIN In America

<span>BRING ME THE HORIZON</span> That`s The Spirit

BRING ME THE HORIZON That`s The Spirit

<span>BULLET FOR MY VALENTINE</span> Venom

BULLET FOR MY VALENTINE Venom

<span>CIRCLE II CIRCLE</span> Reign Of Darkness

CIRCLE II CIRCLE Reign Of Darkness

 
Audio - grudzień 2016

Strefa Magazynu

Audio 12/2016

Rynek audio zmienia się szybko i podąża w różnych kierunkach. Zmiany te czasami zaskakują nawet ekspertów i najbardziej doświadczone firmy, dlatego nie chcąc zostać w tyle, coraz częściej reagują one jak najszybciej.

Odbierz prezent

Zamów prenumeratę miesięcznika
Audio, a otrzymasz wybraną
przez siebie płytę z naszej kolekcji!
Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio