Nigel Kennedy
Jazz jest bardziej życiowy niż klasyka

Nigel Kennedy: Jazz jest bardziej życiowy niż klasyka

Zawsze wolałem swoją jazzową stronę życia. Mam w niej więcej wolności, mogę lepiej wyrazić swoją indywidualność i jednocześnie słuchać muzyków, z którymi gram. W klasyce muszę wszystko zaplanować tak, by działo się automatycznie. Jazz jest bardziej życiowy, klasyka bardziej teoretyczna - mówi Nigel Kennedy, skrzypek, kompozytor, dyrygent.

- Poprzednio spotkaliśmy się w Zakopanem ponad pięć lat temu na pana festiwalu "Nigel Kennedy: A Unique Polish Musical Perspective", kiedy prezentował pan swoje projekty z polskimi muzykami.

- Pamiętam, mieszkaliśmy w hotelu Belweder, była fatalna pogoda, padał śnieg, ale to nie przeszkadzało nam zagrać fantastyczne koncerty, a potem jamować do rana w góralskiej karczmie.

- Następnie promował pan polskich muzyków na takim samym festiwalu w Londynie, dziękujemy!

- To ja dziękuję za możliwość pracy z tak wspaniałymi artystami, jestem szczęśliwy, że mogłem poznać: Jarka [Śmietanę], Roberta [Majewskiego], Sebastiana [Karpiela-Bułeckę], Piotra [Wyleżoła] i Kroke.

- Pańskie koneksje z Polską zawdzięczamy pana żonie Agnieszce, ale dlaczego zamieszkaliście państwo w Krakowie?

- Wielokrotnie byłem w Warszawie, ale nigdy wcześniej w Krakowie. Agnieszka zabrała mnie tam i Kraków zauroczył mnie swoją historią, kulturą, a przede wszystkim ludźmi, jakich spotykałem. To było przed erą banków na każdej ulicy, Tesco, McDonald`s, KFC i innych. W klubach było mnóstwo jazzu granego przez młodych i starszych muzyków, więcej niż teraz. Teraz Kraków kojarzy mi się z błyskotkami w stylu Swarovskiego i nową burżuazją. I za dużo tam pseudoturystów z Wysp Brytyjskich, dzięki tanim lotom i taniemu piwu.

- Co najbardziej podoba się panu w Polsce?

- Naturalna żywność produkowana na wiejskich farmach, których nie opanowała jeszcze Unia Europejska, muzyka, kocham polskich muzyków i cudowną polską wieś.

- Fascynacje Polską przełożyły się na pana albumy?

- Tak, wiele nagrałem z polskimi artystami, choćby "Polish Spirit". Moja Orchestra of Life jest w większości złożona z polskich muzyków, fantastyczny album "East Meets East" nagrałem z fenomenalną grupą Kroke, występowałem z Jarkiem Śmietaną, utworzyłem własny kwintet z polskimi jazzmanami i nagrałem z nimi płyty "A Very Nice Album" i "Shhh!".

- Kiedy wydał pan pierwszą jazzową płytę?

- To było na samym początku mojej kariery w 1984 r. Mało kto wie o albumie "Nigel Kennedy Plays Jazz", bo późniejsze "Cztery pory roku" przysłoniły wszystko, co wcześniej zrobiłem. Nagrałem ją w duecie z pianistą Peterem Pettingerem grającym w stylu Billa Evansa. To była właściwie sesja nagraniowa muzyki klasycznej, ale zostało nam trochę czasu i sięgnęliśmy po jazzowe standardy. Tak powstał zupełnie inny album.

- Skąd przyszło zainteresowanie jazzem?

- Od siódmego roku życia uczyłem się w klasie Yehudi Menuhina. Któregoś dnia na zajęcia przyszedł Stephane Grappelli i spytał żartem: czy ktoś chce się przyłączyć? - Tak proszę Pana, ja - wyrwałem się pierwszy ze swoimi skrzypcami. Zagraliśmy razem stare swingowe standardy: Fatsa Wallera, Gershwina i Django Reinhardta. Był bardzo szczęśliwy, że ktoś o dwie, trzy generacje młodszy lubi jego muzykę. Spytał mnie, czy chcę zagrać z nim w weekend, bo ma koncerty w Londynie. Oczywiście chciałem, to była też szansa wyrwać się ze szkoły.

Dostałem fantastyczne lekcje poprzez doświadczenie, wspólne, spontaniczne granie na żywo z mistrzem. Grappelli sam ukształtował swój styl, nie brał żadnych lekcji, a ja miałem szczęście uczyć się od niego. W historii jazzu znajdziemy wielu takich muzyków- indywidualistów, oni brzmią zupełnie inaczej, np. Coleman Hawkins, Ben Webster, Paul Gonsalves. Później zagrałem z Grappellim wiele koncertów przed jazzową publicznością, ale najważniejszy był w klubie Ronniego Scotta w Londynie. Stanąłem na scenie, na której grali wcześniej wielcy jazzmani: Dizzy Gillespie, Cannoball Adderley, Charles Mingus, Art Blekey.

- Znał pan już te nazwiska i ich muzykę?

- Tak, od dwunastego roku życia mocno interesowałem się jazzem, także jego społecznym, rasowym podłożem. Interesowało mnie dlaczego Mingus i Bud Powell właśnie tak grają.

- Dziś woli pan grać jazz czy klasykę?

- Zawsze wolałem swoją jazzową stronę życia. Mam w niej więcej wolności, mogę lepiej wyrazić swoją indywidualność i jednocześnie słuchać muzyków, z którymi gram. W klasyce muszę wszystko zaplanować tak, by działo się automatycznie. Jazz jest bardziej życiowy, klasyka bardziej teoretyczna.

- Myślał pan o wybraniu kariery jazzmana zamiast muzyka klasycznego?

- Oczywiście, wielokrotnie. W Nowym Jorku miałem okazję występować ze znakomitymi pianistami: Jimmym Rowlesem i Ellisem Larkinsem oraz z saksofonistą Zootem Simsem. To były zdumiewające doświadczenia, znacznie silniejsze i ważniejsze od tych, jakie dawała mi muzyka klasyczna. W tym samym czasie zacząłem dostawać coraz więcej propozycji koncertów muzyki klasycznej. Byłem szczęśliwy, że mogę grać każdy rodzaj muzyki, jaki mnie interesuje, że w ogóle mogę zarabiać na życie jako muzyk, a nie np. kierowca taksówki. Jednak najbardziej chciałem być członkiem jazzowej społeczności, bo to środowisko respektuje siebie nawzajem, muzycy słuchają siebie. To mnie bardziej stymulowało do ćwiczeń niż lekcje klasyki w Juilliard School of Music.

- Z czego wynikał sukces pana interpretacji "Czterech pór roku" Vivaldiego?

- Miałem swoje przemyślenia na temat tego utworu. Poszedłem do wytwórni i powiedziałem im, że to jest popowe dzieło, dwanaście utworów jak na płytach Beatlesów czy Stonesów. Każda część trwa trzy minuty, to idealny czas dla piosenki. Przyszli mi do głowy ludzie, którzy nienawidzą muzyki klasycznej, bo nie mieli okazji jej poznać. Miałem na myśli moich przyjaciół z trybun stadionów piłkarskich. Chciałem, by moja interpretacja dotarła do wszystkich, nie tylko do burżuazyjnej inteligencji. To było niesamowite przeżycie, że mogłem zrobić coś dla popularyzacji tej muzyki w W. Brytanii, a nawet poza jej granicami. Że zainteresowali się nią dorośli ludzie, dla których był to pierwszy utwór klasyczny, jaki poznali.

- Czym pan ich przekonał?

- Moja interpretacja była oparta na większych kontrastach, niż we wcześniejszych nagraniach. Większość skrzypków grała Vivaldiego na tym samym poziomie energii. Mnie zaintrygował ogromny kontrast pomiędzy piękną melodią a wirtuozerią, i jeszcze go wzmocniłem, nadałem trzeci wymiar. To zainteresowało słuchaczy, którzy uważali tę muzykę za nudną, nadającą się do windy.

Najlepsze rzeczy w muzyce rockowej też opierają się na kontrastach, np. "Stairway to Heaven". Vivaldi doskonale nadaje się do promocji obok popowych przebojów, jest prosty, melodyjny, to są krótkie utwory, perfekcyjnie zaaranżowane, nie jest skomplikowany, a porusza wyobraźnię. Nagrywając "Cztery pory roku", myślałem o sobie, jak bym był George`em Martinem, producentem Beatlesów.

- Dlaczego nagrał pan "Cztery pory roku" ponownie i w tak zaskakującej wersji?

- Cieszę się, że to zaskakująca płyta. Na zdrowie! Chciałem nagrać coś stosownego do dzisiejszych czasów korzystając z różnych wpływów. Zaprosiłem perkusistę grupy Massive Attack Damona Reece`a z Bristolu, żeby zaprogramował warstwę rytmiczną. Myślę, że brzmi trochę jak Portishead. Mam Tomasza Nowaka, znakomitego trębacza z Rzeszowa.

W orkiestrze jest wielu utalentowanych, młodych polskich muzyków. To jest muzyka Vivaldiego, ale w moim stylu. Jest przy tym otwarta na różne wpływy. Kiedy będę ją wykonywał w Chinach, zaproszę muzyków grających na fletach bambusowych, a kiedy na Bliskim Wschodzie, zagrają ze mną arabscy instrumentaliści na tradycyjnych instrumentach. Chcę uczynić to dzieło otwartym dla współpracy z różnymi artystami. W każdym kraju o odmiennej kulturze może się zdarzyć coś ciekawego.

Rozmawiał Marek Dusza

Recenzje

Newsy

Rival Sons w warszawskiej Progresji

Rival Sons w warszawskiej Progresji

Koncerty

"One More Time With Feeling" na DVD i Blu-Ray

"One More Time With Feeling" na DVD i Blu-Ray

Premiery

Andrea Bocelli w Krakowie

Andrea Bocelli w Krakowie

Koncerty

Kazik & Kwartet ProForma w warszawskiej Stodole

Kazik & Kwartet ProForma w warszawskiej Stodole

Koncerty

Anna Maria Jopek zapowiada nową płytę

Anna Maria Jopek zapowiada nową płytę

Premiery

Audio - grudzień 2016

Strefa Magazynu

Audio 12/2016

Rynek audio zmienia się szybko i podąża w różnych kierunkach. Zmiany te czasami zaskakują nawet ekspertów i najbardziej doświadczone firmy, dlatego nie chcąc zostać w tyle, coraz częściej reagują one jak najszybciej.

Odbierz prezent

Zamów prenumeratę miesięcznika
Audio, a otrzymasz wybraną
przez siebie płytę z naszej kolekcji!
Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio