Beirut w Stodole - relacja z koncertu

Newsy

Wtorek 17 sierpnia był przeze mnie jednym z najbardziej oczekiwanych dni w tegorocznym, wakacyjnym kalendarzu koncertowym. Wszystko za sprawą grupy Beirut - z multiinstrumentalistą Zachem Condonem na czele.
Dodano: 20 sierpień 2010

Beirut jest zespołem ciekawym z wielu względów. Jego lider w wieku 16 lat rzucił szkołę i rozpoczął podróż po Europie, dzięki czemu zdobył rozległe muzyczne doświadczenia, które następnie przekuł w sukces swojej formacji.

Dzięki oryginalnej, eklektycznej formie Beirut zdobył sympatyków na całym świecie. Sam kontakt z dźwiękami grupy Condona daje wrażenie swoistej podróży po różnych zakątkach globu, szczególnie rejonach Europy Wschodniej. Wyraźnie bowiem uwydatniają się tu m. in. wpływy muzyki bałkańskiej.

Koncert planowo miał zacząć się o godz. 20:00. Kilka minut po zaanonsowanej godzinie na deski sceny w Stodole w roli supportu wyszli Paula i Karol. Męsko-damska formacja zaprezentowała sympatyczną mieszankę folku, popu i rocka. Widać było wyraźnie, że grupa czerpie wiele radości z tego, co robi – wszyscy szeroko uśmiechnięci spontanicznie pląsali po scenie i nawiązali świetny kontakt z publicznością. Każdy członek kapeli wyglądał przy tym jak z innej bajki, jednak wszyscy ciekawie się uzupełniali.

Głównymi postaciami grupy jest duet, od którego zaczerpnięto nazwę. Nie licząc partii wokalnych (oddzielnych lub chórków) muzycy zajmowali się również grą na cymbałkach, skrzypcach (Paula) i stanowiącej fundament muzyki - gitarze akustycznej (Karol). Sekcja rytmiczna oparta była na dość skromnym zestawie perkusyjnym i przemiennych partiach gitary basowej i kontrabasu. Przyznam szczerze, że bardziej do gustu przypadły mi numery z akompaniamentem tego drugiego instrumentu. Były one bardziej "mięsiste" i zadziorne.

Utwory grupy Paula i Karol są dosyć zróżnicowane, głównie ze względu na bogate instrumentarium i interesujące rozwiązania wokalne. Brzmienie było w porządku, raczej bez większych zastrzeżeń. Całokształt występu oceniam jako pozytywny, choć jak na mój gust ta muzyka jest dla mnie nieco za "słodka". Publiczność przyjęła jednak zespół bardzo entuzjastycznie.

Prawie równo o 21:00, przy niezwykle głośnym aplauzie publiki, na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Koncert rozpoczął się od znajomych dźwięków "Nantes", co fani oczywiście przyjęli niezwykle ciepło, klaszcząc nawet w rytm przewodniego motywu utworu.

Muszę powiedzieć, że kompozycje - tak świetne przecież na płytach - w warunkach koncertowych nabrały nowego, głębszego wymiaru. Mimo że brzmienie nie było najdoskonalsze (szczególnie doskwierała praktycznie zerowa słyszalność fortepianu), magia i klimat muzyki Beirut udzieliły się zdecydowanej większości oglądających. Szaleństwo sięgało zenitu. W przerwach między piosenkami publika ryczała tak głośno, że musiałem zatykać uczy! Szczególnie słychać było szalone piski i krzyki młodych dziewczyn :-)

Mimo tego kontakt imć Zacha z publicznością uważam za przeciętny. Ograniczał się do bardzo nieśmiałych, krótkich przemów, czyli po prostu - "dziękuja" lub "cheers". Tutaj liczyła się muzyka.

Bardzo dużą różnorodność dźwięków, jakie płynęły ze sceny zawdzięczamy sporej ilości wykorzystanego sprzętu. Fundament muzyki tworzył oczywiście akordeon obsługiwany przez Perrin`a Cloutier`a, uspokajające partie ukulele Zacha Condona oraz oczywiście jego charakterystyczny, niepokojąco drżący, ale jednocześnie ciepły głos. Kolorytu i przestrzeni dodawały instrumenty dęte - trąbka, tuba, saksofon itd.

A teraz parę słów na temat repertuaru - oprócz wspomnianego "Nantes" Beirut zagrali  m. in.  "The Shrew", "The Concubine", "Elephant Gun", "Mimizan" czy "Postcards from Italy". Osobiście czekałem przede wszystkim na "Gulag Orchestra" i już nawet straciłem nadzieję, że ten kawałek usłyszę. Po godzinie grania zespół zszedł ze sceny i pomimo bardzo żywiołowego nawoływania publiki (skandowania nazwy, oklasków czy wręcz desperackiego tupania) grupa długo nie wracała. Ludzie obsługujący światła operowali tylko nimi w rytm okrzyków. Po dłuższej chwili Beirut powrócił jednak z kilkoma bisami. Jednym z nich był oczekiwany przeze mnie kawałek :-)

Koncert okazał się dość specyficzny. Początek był całkiem żywy, następnie głośniki opanowały kawałki bardziej stonowane, a koniec nastąpił dość wcześnie, bo ok. 22:30. Ludzi multum, myślę, że około tysiąca osób. Rozstrzał wiekowy publiki także ogromny. Cieszę się niezmiernie, że udało mi się ujrzeć Beirut na żywo i mam nadzieję, że zespół niebawem znowu odwiedzi nasz kraj.

Kwiecio

Audio - grudzień 2018

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Tym razem nietrudno wskazać najważniejszy test numeru - to porównanie pięciu wzmacniaczy zintegrowanych, w cenie 7000–9000 zł. Pokazują nie tylko swoją własną kondycję, ale też dobrze demonstrują zmiany wśród ogółu wzmacniaczy. Każdy ma na pokładzie DAC-a, ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj