Publiczność była coraz bardziej zniecierpliwiona, ale wytrwała. Pojawienie się bohatera wieczoru wraz z zespołem przy dźwiękach intra "You don`t wanna" przyjęto entuzjastycznie.
Przyzwoite nagłośnienie, ale nieprzyzwoity ścisk. Na pierwszy ogień poszedł energetyczny, potężnie brzmiący "Murder Weapon" z najnowszego krązka. Każde słowo wyśpiewane/wypowiedziane przez Adriana było przemyślane i naładowane emocjami. Uwagę przykuwała całkiem nieżle radząca sobie wokalistka Franky Riley.
Podczas kolejnych numerów Tricky zachowywał się jak rozpuszczony dyrygent, modyfikując strukturę utworów albo w połowie je urywając... Nie robiło to dobrego wrażenia, nawet Franky spoglądała na lidera ze zdziwieniem... Rozumiem, że setlista miała być spontaniczna, ale wyszło niezbyt profesjonalnie.
Później poleciały "Kingston Logic", erotyczne, zaśpiewane do jednego mikrofonu "Puppy toY", cover "Ace of Spades" z repertuaru Motorhead (przy tym kawałku na scenę zaproszona została spora część publiki), "really real", "Pumpkin"i ... Tricky zniknął ze sceny. Powrócił, by na bis zagrać skądinąd bardzo fajny, przestrzenny "Past Mistake". Niestety rozwleczony i nieprzyzwoicie przedłużony stracił swoją moc...
Nie doświadczyłem na tym koncercie niczego, co co można by określić dobrym kontaktem artysty z publicznością (oprócz wykalkulowanego zaproszenia pierwszych rzędów na scenę i standardowo wygłaszanego "it's great to be here"), bądź nawet zespołem. Może był to tylko gorszy dzień... Zabrakło też charakterystycznego wolnego, trochę przybrudzonego, bristolskiego klimatu, oraz mojego ulubionego "Hallow".
Sebastian Traba