In Flames w Warszawie. Nasze sprawozdanie

Newsy

Koniec lata stał się faktem. Koncertowa zawierucha przenosi się z letnich festiwali do klubów. Za symboliczne otwarcie kolejnego sezonu imprez pod daszkiem można uznać czwartkowy gig In Flames.
Dodano: 7 październik 2011

Wypadałoby zacząć wypociny od początku, niestety w swoim stylu do klubu dotarłem jakiś czas po rozpoczęciu występu jedynego rozgrzewacza. Powiem tylko, że jeżeli Czesław ma swoją "Maszynkę do świerkania" to poprzedzający gwiazdę wieczoru band jest w posiadaniu całkiem przyzwoitej "maszynki do napier...". Nisko strojone gitary, podwójna stopa, charyzmatyczny gardłowy (wokalnie można porównać go do Joe Duplantiera z Gojiry) w połączeniu z naprawdę pogiętą muzyką to woda na młyn po ciężkim dniu w pracy. Jedynym minusem były gitarowe solówki na bardzo niskim poziomie. Czasem lepiej ich po prostu nie grać, niż szpecić kawałek oklepaną zagrywką. Jeżeli ktoś zamierza prezentować takie „sola”, to radziłbym, zająć się hodowlą jedwabników.

Czas przejść do głównego dania wieczoru. Przyznam szczerze, że od czasu wydania płytki "Come Clarity" zarówno muzyka In Flames, jak i ich audytorium, zmieniły się diametralnie. Dlatego z kolegą Kubłem wybrałem się na tę operę raczej z sentymentu, jednocześnie pełen obaw o setlistę. Przynajmniej na chwilę poszły jednak one w zapomnienie, bo zespół wjechał z niezłym kopem w postaci "Trigger", przypominając mi nieco stare dobre czasy. Warto wspomnieć sporą odwagę Szwedów: ryzykując klapę, pozwolili śpiewać ludziom całe zwrotki i refreny.

W niedługi czas po tym ze sceny poleciał kolejny szlagier czyli "Colony", jednakże większość setu stanowiły nowe pieśni. Na szczęście padło taż kilka znanych kawałków jak "Cloud Connected" czy luzacki "Only for the Weak", przy którym skakali wszyscy, nie licząc garstki emerytów włącznie ze mną. Wokalista uskuteczniał też standardowe rozmówki z publicznością, często żartując, nie mniej cały gig upłynął bez większych niespodzianek. Z wyjątkiem tej - jeden z fanów został zaproszony na scenę, by uchwycić bawiących się ludzi...swoim telefonem.

Słuchając In Flames, można stwierdzić jedno - muzycy osiągnęli pełen profesjonalizm, a materiał mają ograny tak, że przyczepić się do czegokolwiek nie sposób. Do pełni szczęścia zabrakło mi jednak kawałków jak "Pinball Map" czy "Ordinary Story" i przede wszystkim wieloletniego gitarzysty, a zarazem mózgu zespołu, Jespera, bez którego obecne In Flames to już nie to samo.

Koncert In Flames odbył się 6 października w warszawskiej Stodole.

Marian

Audio - listopad 2018

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

W tym numerze zajmujemy się sprzętem tak popularnym, jak słuchawki bezprzewodowe za kilkaset złotych (pięć modeli) i gramofony za tysiąc kilkaset (również piątka), ale na drugiej szali kładziemy test jubileuszowego, hi-endowego zestawu Marantza KI-Ruby, i parę ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj