Tune zagrał w Klubie Chwila

Newsy

Słuchając "Lucid Moments" można niejako nabrać przekonania, jak zespół może brzmieć w wersji live. Chociaż przy zderzeniu z rzeczywistością wyobrażenia stają się tylko mrzonkami w porównaniu z tym, co dostajemy zwykle na żywo.

Dodano: 7 październik 2012

Miejsce występu pięciu łódzkich muzyków, Klub Chwila, skądinąd całkiem przytulne, zapełniło się dość szybko, więc znalezienie kawałka przestrzeni do postawienia krzesła bądź posadzenia swoich szlachetnych zwłok na podłodze było dość problematyczne. Ale nie ma rzeczy niemożliwych i przyjazny kawałek powierzchni płaskiej znalazł się dla każdego.

Plusem tak kompaktowego miejsca było to, że zespół nie bardzo miał się gdzie schować (i chyba panowie nawet nie zamierzali tego robić), zatem można było zamienić z muzykami parę zdań zarówno przed koncertem, jak i po nim, co zresztą publiczność skrzętnie wykorzystała.

Na sam występ panowie kazali nieco poczekać, ale było to czekanie zdecydowanie opłacalne. Od pierwszych dźwięków aż do samego końca show publiczność była naprawdę oczarowana. Niezwykła charyzma Kuby Krupskiego, który przyodziany w kaftan bezpieczeństwa (co prawda ubrany tyłem na przód, ale nie czepiajmy się...), robiła niesamowite wrażenie. Niemniej jednak należy oddać cesarzowi co cesarskie: pozostali muzycy dotrzymywali mu kroku. W przypadku tak charyzmatycznej, magnetycznej i intrygującej postaci bycie równorzędnym partnerem jest niezwykle trudne. Ale wszyscy dali sobie z tym świetnie radę.

Właściwie występu Tune nie można określić mianem koncertu. To było coś więcej. To był cały spektakl - dźwięków, zachowań, odgrywania ról. Zarówno wokalista, jak i gitarzysta, wcielając się w rolę połamanych, zniszczonych i raczej poza normą psychiczną kukiełek odgrywali swe role bardzo przekonująco. I tak naprawdę chodziło o coś więcej niż muzykę. Sceny żywcem wyciągnięte z filmowego szpitala psychiatrycznego, zupełnie oderwana od rzeczywistości rozmowa Krupskiego z basistą, Leszkiem Swobodą przypominały pewien klasyk o nazwie "Lot nad kukułczym gniazdem". Było to absolutnie niepokojące, hipnotyzujące i świetnie współgrające z utworami prezentowanymi na scenie.

Pomimo że Tune spędziło na scenie niespełna godzinę, był to absolutnie wypełniony emocjami czas. Perkusja nadająca rytm i chwilami powodująca podskakiwanie widzów (szczególnie mnie) na krześle była elementem, który bardzo zwracał na siebie uwagę (w sposób jak najbardziej pozytywny). Niestety akordeonu chwilami nie dało się usłyszeć i bez dobrej znajomości płyty oraz wiedzy, że występuje, byłoby go ciężko wyłapać. Ale nie stanowiło to przecież największego problemu świata.

Podczas występu w "Chwili" panowie zaprezentowali również nowy utwór. Chociaż był zdecydowanie łagodniejszy od tych, które znalazły się na "Lucid Moments", to absolutnie nie można go nazwać złym, lub nudnym. Był po prostu inny. Aczkolwiek narobił apetytu na kolejny album zespołu.

Koncert Tune ciężko opisać słowami, wyrazić to, co się działo na scenie. To jest jeden z tych zespołów, o których można mówić godzinami, analizować go na 150 sposobów, a i tak przy występie live okazuje się, że człowiek na ten temat wie tyle co nic. Dlatego jeśli ktoś ma możliwość obejrzenia tego bandu na żywo, nie powinien się wahać. To jest jedna z tych rzeczy, które zapamięta się do końca życia.

Julia Kata

Fot. Eris

Audio - grudzień 2018

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Tym razem nietrudno wskazać najważniejszy test numeru - to porównanie pięciu wzmacniaczy zintegrowanych, w cenie 7000–9000 zł. Pokazują nie tylko swoją własną kondycję, ale też dobrze demonstrują zmiany wśród ogółu wzmacniaczy. Każdy ma na pokładzie DAC-a, ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj