Nie podzielam sceptycyzmu jazzmanów wobec działalności skrzypka Nigela Kennedy’ego na pozaklasycznym polu. Na żywo jest dynamitem ekspresji, a nowy album przekona wszystkich, że i studio potrafi zamienić w klub tętniący radosną muzyką. Taką właśnie usłyszymy na nowym albumie Nigela "The Four Elements".
"Cztery żywioły" to parafraza "Czterech pór roku" Vivaldiego i na tym kończy się podobieństwo dzieła szalonego Anglika z twórczością Rudego Księdza. Album otwiera "Uwertura" z licznymi zmianami tempa i nastrojów idealnie oddających charakter skrzypka: od romantycznego, subtelnego klasyka po ekspresyjnego rockmana z piwem w dłoni.
To też najbardziej melodyjna kompozycja, ale i pełna eksperymentów z modyfikacją brzmienia skrzypiec. Nie zdziwcie się, kiedy w finale uwertury skrzypce zabrzmią wam tuż przy prawym uchu. Świetnie kontrastuje z nimi trąbka Tomasza Nowaka. "Air" wprowadzi nas w rozmarzony nastrój, "Earth" zabierze do pubu w Londynie, "Fire" na mecz Arsenalu, a "Water" nieco ostudzi nastroje. "Finale" to 18-minutowa suita pełna subtelności i brutalności, nie pozwoli spokojnie usiedzieć w fotelu. Kontrowersyjne wydają mi się wokale, ale przygoda z Nigelem warta jest grzechu.
Marek Dusza
Sony