W sztandarowej piosence "My Generation", The Who śpiewali: "Mam nadzieję, że umrę, nim się zestarzeję". Dwóch członków zespołu, Keith Moon i John Entwistle, już rozstało się z tym światem. Pozostała dwójka, Roger Daltrey i Pete Townshend przypomina o swoim istnieniu albumem "Who".
Od wydania ostatniego "Endless Wire" minęło 13 lat, ale jakoś nie tęskniliśmy za ich nowymi piosenkami. Wszystko, co najlepsze mieli do zaprezentowania, zawierają ich płyty z lat 60. i 70. Muzycy świadomie nawiązują do tamtego okresu w kolażowej okładce, w tekstach i samej muzyce.
Gitarzysta Pete Towshend, autor koncepcji artystycznej płyty, z upodobaniem stosuje te same zagrywki gitarowe co przed laty, nawet klawisze brzmią tu identycznie. Głos Rogera Daltreya jest z miejsca rozpoznawalny, choć nie śpiewa już z dawną siłą, a i barwa jego głosu nabrała patyny.
Siłą The Who zawsze były ponadczasowe riffy, które wymyślał Pete. Na "Who" nie ma ich zbyt wiele. W ucho wpadają motywy, na których zostały oparte piosenki "All This Music Must Folder", "Hero Grand Zero" i "Detour".
To The Who w najlepszym wydaniu. Album słuchany w całości brzmi poprawnie, ale bez polotu i odrobiny szaleństwa, które było wyróżnikiem grupy w latach jej świetności.
Grzegorz Dusza
Universal