Słuchając tego albumu pierwszy raz, nie byłem pewien, skąd pochodzą artyści. Pierwszy, tytułowy utwór to wielogłosowy chór przypominający Ladysmith Black Mambazo. Drugi - zaśpiewany po portugalsku, ale z dziwnym akcentem. Brazylijczycy w Afryce? Nie, więc gdzie mówi się po portugalsku. Oczywiście w Mozambiku.
Stamtąd pochodzi Neco - lider dużego zespołu, w którym połowa to członkowie jego rodziny. Neco śpiewa w różnych mozambickich i południowoafrykańskich dialektach, co urozmaica i tak już egzotyczne brzmienie albumu. Co najważniejsze, jest kompozytorem fantastycznych tematów. Ta muzyka tętni życiem, kołysze nawet meblami w moim pokoju w takt reggae, wpada w ucho chwytliwą melodią.
Nie znałem wcześniej tego artysty, ominąłem - niestety - jego występ na ostatnim North Sea Jazz Festival. A zanim dotarł na studia muzyczne w Portugalii, a potem w Holandii, był już gwiazdą w Mozambiku. I będzie jeszcze większą, bo jego nowy album został ciepło przyjęty wszędzie, gdzie tylko się ukazał. Miłośnicy world music nie mogą go pominąć.
Marek Dusza
WORLD CONNECTION/GIGI