Michael Kiwanuka zdążył wyrobić sobie opinię jednej z najważniejszych postaci w świecie czarnej muzyki ostatniej dekady. Cenią go krytycy, uwielbiają fani, a jednak w ślad za tym nie idą oszałamiające nakłady płyt, ani muzyczne nagrody.
Jego największym osiągnięciem pozostaje Mercury Prize przyznana w 2020 roku za album "Kiwanuka". Brytyjczyk nic sobie jednak z tego nie robi i publikuje kolejny album z porcją muzyki zrealizowanej w vintage’owym stylu. Znać, że najbliższe jego sercu są produkcje z końca lat 60. i początku 70., kiedy muzyka soul przeżywała apogeum popularności.
Dobrze, że te odniesienia potrafił osadzić w dzisiejszych realiach koi dotrzeć do słuchacza w każdym wieku. Niezależnie jak głęboko będzie się zmieniała scena, zawsze będzie zapotrzebowanie na uduchowioną, trafiającą wprost do serca muzykę.
Michael Kiwanuka postawił tu na prostotę podkreślającą jego nieprzeciętne umiejętności wokalne. Zamiast elektroniki są tu naturalne smyczki, organy Hammonda, pianino i gitara. Wszystkie kompozycje na płycie tworzą harmonijną całość, do przeżywania wspólnie z artystą. Jest w nich uniesienie, ekstaza i melancholia. Słychać w nich wpływ takich mistrzów, jak Otis Redding, Curtis Mayfield, Bill Withers, Marvin Gaye, Sly Stone i Bobby Womack.
Gregorz Dusza
Universal Music