Dawid Lubowicz: Zawsze interesowało mnie to, co nie jest zapisane w nutach.

26 września 2018 Wywiady

Dawid Lubowicz - skrzypek, kompozytor, mówi AUDIO o klasycznej i jazzowej edukacji, o swoim albumie "Inside" i jak mówi od tyłu.

– Pochodzi pan z Zakopanego, jak zaczęła się pana przygoda z muzyką?

– Moi rodzice są muzykami, grę na skrzypcach zaszczepił we mnie ojciec, który również jest skrzypkiem, a także gitarzystą, jest absolwentem kierunku aranżacja i kompozycja na Wydziale Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. Moja mama gra na fortepianie, prowadzi zajęcia teoretyczne, teraz prowadzi chór w Zakopanem.

W latach 80. środowisko muzyczne w tym mieście było na tyle małe, że wszyscy się znali. Mój tata był jednym z pierwszych muzyków w Teatrze Witkacego, do współpracy zaprosił go dyrektor, reżyser Andrzej Dziuk. W jednym ze spektakli potrzebny był mały chłopiec, który na czymś gra. Miałem wtedy osiem, dziewięć lat, występowałem w kilku regularnie granych spektaklach.

Grałem w zespołach albo byłem solistą. Wychodziłem na scenę niczym "Janko Muzykant" i grałem solo np. w przedstawieniu "Wyzwolenie" Witkacego. Występowałem w spektaklu "Szalona Lokomotywa", który był wystawiany w pociągu na trasie Zakopane – Nowy Targ. Z tym teatrem utrzymuję stały kontakt. Niedawno spotkałem Andrzeja Dziuka na stacji benzynowej w Radomiu, wręczyłem mu swój album, a on od razu obiecał zorganizować koncert. A ja zaprosiłem go na spektakl "Piloci", do którego z bratem Jakubem napisałem muzykę dla Teatru Roma.

– Kiedy pojawiła się myśl, żeby zostać muzykiem profesjonalnym?

– Chyba już w dzieciństwie, a byłem dziwnym przypadkiem, z tego co opowiadają rodzice. Tak uwielbiałem ćwiczyć grę na skrzypcach, że aż prosili mnie, żebym przestał.

– Mówili: idź na podwórko, pograj w piłkę?

– Nie, aż tak nie było. Grałem w piłkę, ćwiczyłem judo, chodziłem na basen, oczywiście jeździłem na nartach. To, że tak dużo ćwiczyłem było zasługą taty, który grał w domu jazzowe utwory. Dużo słuchał jazzu, pokazał mi Zbigniewa Seiferta, który według mnie tworzył, a miałem wtedy siedem lat, kosmicznie trudną muzykę. Wtedy się do niego zraziłem, ale po latach wróciłem do tych nagrań. Słuchałem też wszystkich ważnych dla jazzu skrzypków, po kolei byli to: StephaneGrappelli, Jean Luc Ponty, DidierLockwood.

– Uczył się pan klasyki? To konieczne w przypadku skrzypka jazzowego?

– Wiele osób powie, ze nie trzeba się uczyć klasycznego grania na skrzypcach, jeśli chce się wykonywać jazz. Ja uważam, że to konieczne. To jest tak specyfi czny i trudny instrument, że braki, które pojawią się na początku edukacji i skrzypek je odpuści, wyjdą później na jaw. Nauka wymaga wiele lat grania różnorodnego materiału: etiud, kaprysów, koncertów napisanych na skrzypce.

Ja to wszystko przerobiłem, jeździłem na przesłuchania, konkursy polskie i międzynarodowe. Poszedłem do szkoły muzycznej mając sześć i pół roku. Potem była szkoła średnia i studia. Równolegle improwizowałem, bardzo to lubiłem. Na początku ojciec pisał mi solówki, potem sam je sobie pisałem. Jazz zacząłem traktować poważnie w liceum. Ponieważ muzyka ludowa, góralska była wokół mnie, więc siłą rzeczy też ją grałem i jej słuchałem.

– Czy do improwizowania trzeba mieć specjalne uzdolnienia?

– Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo ja od dziecka wiedziałem, że na tym instrumencie można grać muzykę inną niż klasyczna. Tata pokazywał mi jazzowych muzyków, to byli nie tylko skrzypkowie, ale i pianiści, saksofoniści. Nawet zanim wziąłem do rąk prawdziwe skrzypce, miałem niecałe sześć lat, zrobiłem sobie instrument przeciągając żyłkę przez pudełko, pocierałem ją pałeczką od perkusji i "grałem" na tym do tego, co usłyszałem w radiu. Miałem dobry słuch. Rodzice odkryli u mnie jeszcze inną zdolność – mówienia od tyłu, wspak. Wymyśliłem, że stworzę własny język, co być może było przejawem zdolności do improwizowania. Któregoś wieczoru przed snem pomyślałem, że przecież mogę mówić inaczej niż wszyscy.

– Niewiarygodne, może pan to zademonstrować?

– Ymizdeis an myżeiwś uzrteiwop i ymaiwamzor o ecyzum.

– Szokujące! Co to znaczy?

– Że siedzimy sobie na świeżym powietrzu i rozmawiamy o muzyce.

– Jak pan doszedł do takiej wprawy?

– Pamiętam, jak wyobraziłem sobie pierwsze słowo, to była policja, czyli ajcilop. Zacząłem widzieć słowa pisane wspak i tak je wymawiałem. Z czasem wszystkie słowa powiedziałem sobie w mojej głowie, a potem powtórzyłem na głos, wiem jak one brzmią. Na przykład krzesło, to jest ołsezrk i tak dalej, setki razy. Szkoda, że nie ma zbyt wielu osób, z którymi sobie mogę porozmawiać w tym "języku". W tym upatruję moją otwartość na improwizację. Zawsze interesowało mnie to, co nie jest zapisane w nutach.

– Jest pan członkiem słynnego Atom String Quartet, dużo razem koncertujecie, jak udało się panu zrealizować własną płytę?

– To mój pierwszy autorski album. Przez osiem lat grania w Atom String Quartet nie miałem czasu na swoje projekty. Dodatkowo byłem zajęty w Teatrze Roma. Patrząc z perspektywy czasu, nawet się cieszę, że ten album nagrałem dopiero teraz. Jeszcze pięć lat temu grałem inaczej, teraz czuję u siebie postęp.

Kilka kompozycji napisałem specjalnie na ten album. Pierwszy utwór płyty "Highlander on the Trip" pokazuje skąd jestem. Natomiast "First Waltz" to jedna z moich pierwszych kompozycji, powstała, kiedy chodziłem do liceum. Z kolei "Obercology" napisałem dla Atom String Quartet, ale uznałem, że muszę ją nagrać z sekcją rytmiczną.

W muzyce cenię uniwersalność, dlatego są mocne jazzowe akcenty jak w utworze "Jazz Babariba", jak i nieregularne, bałkańskie rytmy w "Turbofolk". Ballada "Dla M.D." jest bardzo osobista - dedykuję ją mojej córeczce, która pojawiła się dokładnie dwa tygodnie temu.

– A ja podejrzewałem, że to może dedykacja dla Milesa Davisa.

– Nie, to nie inicjały, to ballada "Dla Mojego Dziecka". A temat powstał zanim dowiedziałem się, że będziemy mieć dziecko. Kolejny utwór "Pieśń Roksany" to kompozycja Karola Szymanowskiego. Jego muzyka towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Rodzice zabierali nas na koncerty do Atmy - willi Szymanowskiego w Zakopanem. Dlaczego właśnie ten jego utwór głęboko zapadł mi w pamięć? Może dlatego, że pierwszy temat rozpoczyna się jedną z najlepszych skal jazzowych: tercja mała - półton. Zrobiłem swoją aranżację na jazzowy kwartet.

– Gra pan też na skrzypcach 5-strunowych, co pan dzięki temu osiągnął?

– Te skrzypce są nieco większe, mają większe pudło rezonansowe, są minimalnie ciemniejsze w barwie. Piąta struna daje większą głębię, mogę zejść niżej, ale są cichsze, wymagają większego nagłośnienia. To tak, jak w saksofonach – tenorowy nadaje większą powagę sytuacji. Na tych skrzypcach nagrałem w całości utwór „Memento”.

– Pana główny instrument czymś się wyróżnia?

– Długo go szukałem. Skrzypkowie mają fioła na punkcie swoich instrumentów. Próbowałem wiele i udało mi się trafi ć wreszcie na taki, który ze mną współpracuje, podoba mi się jego brzmienie. Lubimy się z moim instrumentem, jest bardzo wartościowy.

Rozmawiał Marek Dusza

Live Sound & Installation listopad 2019

Live Sound & Installation

Magazyn techniki estradowej

Gitarzysta listopad 2019

Gitarzysta

Magazyn fanów gitary

Perkusista listopad 2019

Perkusista

Magazyn fanów perkusji

Estrada i Studio grudzień 2019

Estrada i Studio

Magazyn muzyków i realizatorów dźwięku

Estrada i Studio Plus listopad 2016 - styczeń 2017

Estrada i Studio Plus

Magazyn muzyków i realizatorów dźwięku

Audio grudzień 2019

Audio

Polski przedstawiciel European Imaging and Sound Association

Domowe Studio - Przewodnik 2016

Domowe Studio - Przewodnik

Najlepsza droga do nagrywania muzyki w domu