Benny Golson: Nigdy nie wiesz, że napisałeś hit
26 sierpnia 2019 Wywiady

Saksofonista i kompozytor Benny Golson skończył 90 lat i nadal jest aktywnym muzykiem. 7 lipca wystąpił na festiwalu Warsaw Summer Jazz Days w Klubie Stodoła.

60 lat temu magazyn "Esquire" opublikował słynne zdjęcie przedstawiające 57 amerykańskich jazzmanów "A Great Day in Harlem". Dziś żyje już tylko dwóch ostatnich bohaterów tego zdjęcia, saksofoniści: Sonny Rollins i Benny Golson. Zdjęcie stało się kanwą dla znakomitego filmu Stevena Spielberga "Terminal". W finałowej, wzruszającej scenie bohater, którego gra Tom Hanks, dostaje autograf od Benny’ego Golsona, ostatni do kolekcji jego ojca, który zbierał je pod tym zdjęciem, ale za swojego życia nie zdobył tego jednego. W lutym 2013 r. saksofonista dał rewelacyjny koncert na festiwalu Bielska Zadymka Jazzowa. Przed występem rozmawiałem z nim w restauracji hotelu Qubus. Najpierw pokazałem mu wspomniane zdjęcie. Oglądał je powoli i dokładnie, wydobywał z pamięci wspomnienia.

– Gdzie pan stoi na tym zdjęciu?

– To jest Art Farmer, a to ja – wskazuje drugiego od lewej muzyka w najwyższym rzędzie. – Dalej stoją: Art Blakey, Johnny Griffi n, Charles Mingus, Count Basie siedzi na chodniku, dalej stoją: Roy Eldridge, Gerry Mulligan, Dizzy Gillespie, Thelonious Monk, Mary Lou Williams, Coleman Hawkins, Horace Silver, Hank Jones, Oscar Pettiford, Jimmy Rushing. Nie znałem ich wszystkich.

– Jak doszło do tego, że tylu jazzmanów zgromadziło się na jednym zdjęciu?

– Magazyn "Esquire" chciał opublikować zdjęcie grupowe jazzmanów. Jazz był wtedy bardzo popularny. To był pomysł fotografa Arta Kane’a i pierwsza taka sytuacja, żeby zgromadzić nas do fotografi i. Nie było to łatwe, bo sesja odbyła się rano, przed południem. Później powtarzano ten pomysł, ale już nie udało się zebrać nas tak wielu.

– Dziś hip-hop jest popularny. Jazz nie jest już taki ważny. Przez wiele lat popularność naszej muzyki powoli spadała. Zmieniał się gust słuchaczy. – Te zmiany zapoczątkował rock and roll?

– Elementy rock and rolla były i nadal są obecne w jazzie. To, co najpierw wpada w ucho, to rytm, a rock and roll miał rytm podobny jak w jazzie, z akcentem na drugą i czwartą część taktu. Lubiłem rock and roll, ale nawet nie próbowałem go grać, nie sadzę, żebym potrafi ł. Nie wiedziałem, jak to się robi (śmieje się).

– Dlaczego zaczął pan grać jazz?

– Kocham to brzmienie, uwielbiam ideę improwizacji, zawsze jest coś nowego w tym właśnie momencie. Tego się nie da wyczytać z nut. Jazz jest jak rozmowa, nie wiem, jakich słów użyję za chwilę. Gramy ten sam utwór, ale nigdy nie powtarzamy solówek, za każdym razem są inne. To, co myślę teraz na temat tej czy innej kompozycji, różni się od tego, co o niej myślałem wczoraj i z pewnością co innego pomyślę o tym utworze jutro. To mnie zawsze ekscytuje. Jestem ciekawy, co stanie się za chwilę. Uwielbiam ten stan.

– Jednak napisał pan wiele wielkich kompozycji.

– To zupełnie inny aspekt muzyki. Powiedziałeś "wielkich", ale kiedy je napisałem, nie wiedziałem, że będą się podobać. Nic nie mogłem przewidzieć. Po prostu napisałem melodię, a to, że stała się popularna, zawdzięczam słuchaczom i temu, że im się spodobała. Przychodzą na moje koncerty, żeby posłuchać moich kompozycji i kupują płyty z moimi nagraniami. Moje kompozycje są wykonywane przez innych muzyków. Naliczyłem już ponad pięćset nagrań "I Remember Clifford", po kilkaset mają "Killer Joe" i "Blues March".

– Jak powstał "Killer Joe"?

– Kiedy pisałem ten utwór przy fortepianie, moja żona cały dzień przysłuchiwała się moim próbom. Próbowałem znaleźć odpowiednią melodię, miałem trzy różne, zanim wybrałem tę, która mi się wydała najlepsza. Dwie pozostałe wylądowały w koszu. Gdy wydawało mi się, że skończyłem, zapytałem żony, jak jej się podoba? – Nie podoba mi się, nie wpada w ucho, jest zbyt zawiły – powiedziała. Kiedy zacząłem grać ten temat z Artem Farmerem i naszym zespołem Jazztet, słuchacze oszaleli na jego punkcie.

Byłem zaskoczony tą popularnością. Nigdy nie wiesz, że napisałeś hit, zanim nie usłyszą go ludzie. Temat "Whisper Not" napisałem w 20 minut w klubie Storyville w Bostonie, gdzie występowałem z big-bandem Dizzy Gillespiego. Nie wydawało mi się, że jest dobry. Zagrałem go Dizzy’emu, który powiedział tylko: OK, wezmę go. Usłyszał ten temat Art Blakey i włączył do repertuaru Jazz Messengersów. Potem wzięli go inni jazzmani. Nie można się obudzić i powiedzieć sobie: dziś napiszę wielką kompozycję. To niemożliwe.

– Policzył pan kiedyś swoje kompozycje?

– Nie wiem, ile ich napisałem, nigdy nie liczyłem. Muszę przyznać, że wiele z nich było okropnych, ale na szczęście nikt oprócz mnie ich nie usłyszał. Zdarzało mi się siedzieć przy fortepianie, grać to, co właśnie napisałem i krzyknąć – to straszne! Komponuję do dziś, staram się to robić, kiedy tylko mogę usiąść do fortepianu, najchętniej w domu. Mam ze sobą utwory ostatnio napisane, około trzydziestu, i zastanawiam się, czy ludzie powinni je usłyszeć.

– Napisał pan wspaniały utwór "I Remember Clifford" poświęcony pamięci zmarłego tragicznie młodego trębacza Clifforda Browna. Znał go pan?

– Znałem go jeszcze zanim zaczął występować z kwintetem Maksa Roacha i zyskał sławę. Przychodził na jam sessions w klubach Filadelfi i. Kiedy gramy jego wczesne utwory, ludzie się dziwią i pytają z niedowierzaniem: To napisał Clifford? Miał wyjątkowy talent, mógł dokonać wielkich rzeczy. Każda nuta, którą grał, była ważna, strategiczna, każda docierała nie tylko do ucha, ale i do serca. Taki był Clifford Brown, nie potrafi ł grać czegokolwiek. Nigdy nie mówił o sobie: jestem wielki, mam talent. Mówił to o innych, był skromnym, sympatycznym człowiekiem.

– O czym rozmawialiście?

– O wszystkim – o życiu, o muzyce. Zdobył stypendium na studia uniwersyteckie. Zdziwisz się na jakie. Na muzyczne? Nie – na matematyczne. Był świetnym szachistą. Miał bystry umysł. Kiedy zginął w wypadku, bardzo to przeżyłem. Miał zaledwie 25 lat! Dopiero zaczynał swoją karierę. Wtedy napisałem "I Remember Clifford". Nadal za nim tęsknię. Tak samo jak za Johnem Coltrane’em.

– A jak doszło do pana spotkania z Coltrane’em?

– Mój kolega z liceum powiedział mi, że po sąsiedzku zamieszkał właśnie chłopak, który gra na saksofonie altowym. Przyprowadź go do mnie – powiedziałem. To było około 1944 roku. John przyszedł ze swoim saksofonem i zagrał w stylu Johna Hodgesa. Miałem wtedy 15 lat, John miał lat 18. Zostaliśmy przyjaciółmi, ćwiczyliśmy razem w salonie. Było gorące lato, graliśmy przy otwartych oknach i wszyscy sąsiedzi mogli nas słyszeć. Nie byli zadowoleni, chcieli nas pozabijać (śmiech).

Na pewno nie graliśmy dobrze, byliśmy amatorami. Puszczaliśmy płyty i naśladowaliśmy solówki mistrzów, grałem na fortepianie, na trąbce, na saksofonie, na czym tylko się dało. Salon w moim mieszkaniu był naszą pierwszą szkołą. Dziś są uniwersytety, programy nauki, można szybko zdobywać wiedzę. Z Johnem uczyliśmy się sami, słuchając płyt i to był powolny proces. Moja edukacja przyspieszyła, kiedy zacząłem występować z zespołami Dizzy Gillespiego.

Rozmawiał Marek Dusza

Live Sound & Installation wrzesień 2019

Live Sound & Installation

Magazyn techniki estradowej

Gitarzysta wrzesień 2019

Gitarzysta

Magazyn fanów gitary

Perkusista wrzesień 2019

Perkusista

Magazyn fanów perkusji

Estrada i Studio wrzesień 2019

Estrada i Studio

Magazyn muzyków i realizatorów dźwięku

Estrada i Studio Plus listopad 2016 - styczeń 2017

Estrada i Studio Plus

Magazyn muzyków i realizatorów dźwięku

Audio wrzesień 2019

Audio

Polski przedstawiciel European Imaging and Sound Association

Domowe Studio - Przewodnik 2016

Domowe Studio - Przewodnik

Najlepsza droga do nagrywania muzyki w domu