T+A Power Plant
Przypadek, pomyłka lub inny splot wydarzeń sprawił, że z ogromnych pudeł wydobyłem jedno czarne, a drugie srebrne urządzenie - taki mieszany system nie wygląda najlepiej, ale kupując urządzenia T+A możemy oczywiście obstawać przy jego spójnej kolorystyce, gdyż są dostępne w dwóch wersjach. Dzięki testowanej mieszance zobaczymy przykłady obydwu. Wzmacniacz nazwano elektrownią i można to zrozumieć, gdy popatrzymy na parametry elektryczne.
Niezbyt duża i całkiem lekka obudowa nie zapowiada jeszcze mocowych rewelacji. Wzmacniacz T+A Power Plant wygląda skromnie i schludnie, jednak nie wpisuje się jednoznacznie ani w nowoczesny, ani w minimalistyczny trend - ma firmowy styl. Klasyczne pokrętło głośności i szereg małych przycisków - tak w T+A projektowało się wzmacniacze co najmniej dziesięć lat temu.
Selektor źródeł opiera się na pięciu przyciskach, jest tu pętla rejestratora, szybkie wyciszenie, a także kontur, zrównoważenie kanałów i regulacja barwy. Tę ostatnią zrealizowano na sprytnych, chowanych w linię frontu pokrętłach, które "wyskakują" dopiero po wciśnięciu.
Gniazdo słuchawkowe 3,5 mm sugeruje, że można tu podłączyć także słuchawki przenośne, ale nie wszystkie, bo teoretycznie wzmacniacz może pracować tylko z obciążeniem wyższym od 50 omów. Musimy też odłączyć wyjścia głośnikowe.
Przedni, efektownie zaokrąglony panel jest metalowy, podobnie jak cała obudowa z wyjątkiem przykręconych paneli bocznych (ze sztucznego tworzywa). Tylna ścianka została "wepchnięta", co służy schowaniu i osłonięciu gniazd. To pomocne, zwłaszcza wtedy, gdy ustawimy sprzęt na górnej półce, lecz jest tylko jedno małe "ale" - samo podłączanie kabelków do tak ukrytych gniazd nie jest wygodne.
Wzmacniacz T+A Power Plant ma cztery wejścia RCA, dwa z nich zdublowane symetrycznymi XLR-ami, jedno można uzupełnić modułem przedwzmacniacza gramofonowego (MM i MC). Do tego jest jeszcze pętla dla rejestratora i wyjście z przedwzmacniacza. Instalatorzy mogą sięgnąć po kilka dodatków: port sygnałów podczerwieni, RS232 i firmowy system połączeń E Link. Gniazda głośnikowe występują w pojedynczym zestawie.
Sygnał najpierw trafia na płytkę selektora wejść, gdzie pracują przekaźniki. Następnie dość długą taśmą jest przesyłany do obwodów regulacji wzmocnienia, tuż przy przedniej ściance, stamtąd musi wrócić do tyłu, gdzie znajdują się końcówki mocy.
T+A nazywa swoje urządzenie "Balanced", co jednak odnosi się tylko do dodatkowego modułu dwóch wejść XLR. Mają one swój własny symetryczny układ selektora i wstępnego wzmocnienia, jednak do głównej części wzmacniacza płynie już sygnał Single-Ended.
Taki też trafia do klasycznego potencjometru Alpsa oraz regulatorów barwy i zrównoważenia kanałów. W zasilaczu zastosowano duży, toroidalny transformator (jest jeszcze drugi, znacznie mniejszy, pracujący tylko w trybie czuwania). Zasilacz liniowy jest tu pewną niespodzianką, gdyż rzadko stosuje się go razem z impulsowymi wzmacniaczami mocy.
T+A nie korzysta z zewnętrznych "gotowców", chwali się własnym projektem obwodów impulsowych, który pracuje w konwencji PWM. Przełączające Mosfety zlokalizowano przy dolnej ściance na dodatkowej płycie, która pełni rolę radiatora. Ostatnim elementami obwodu są filtry dolnoprzepustowe (cewki).
T+A Music Player
Odtwarzacz T+A Music Player zasługuje w pełni na miano przełomowego, ultranowoczesnego źródła. Wygląda nawet potężniej niż wzmacniacz - początkowo nieco przeraża liczbą jednakowych przycisków, jednak nie trzeba wcale wiele czasu, by zacząć się sprawnie poruszać po wszystkich opcjach.
Pomaga w tym bardzo duży wyświetlacz, mieszczący nie tylko kompleksowe informacje o odtwarzanych utworach, ale także pełen obraz struktury menu, opcji odtwarzania i konfiguracji. Wysuwająca się szuflada odkrywa napęd przejęty z prestiżowej gamy źródeł "R", bazujący na zmodyfikowanej jednostce komputerowej.
Od tego, co się dzieje z tyłu, może od razu rozboleć głowa. Zaczynając już od wyjść analogowych, napotykamy na komplet aż trzech par gniazd - XLR, RCA o stałym i RCA o regulowanym poziomie wyjściowym (które działa po zainstalowaniu opcjonalnego modułu przedwzmacniacza).
Obok cyfrowego wyjścia (współosiowe elektryczne) są aż trzy wejścia w tym standardzie i dwa kolejne optyczne. Można więc wykorzystać urządzenie jako DAC, i to bardzo "pojemny". Interesujące są dwa porty USB - jeden obsłuży zewnętrzny dysk twardy (T+A pracował bez problemu zarówno z dyskiem, jak też z różnorodnymi nośnikami pendrive i adapterami kart pamięci), drugi opisano jako iPod. Odtwarzacz lubi wszystkie nowoczesne odmiany grajka Apple z iPhonem na czele, a sygnał jest przesyłany w postaci cyfrowej i konwertowany w układach T+A.
Odtwarzacz sieciowy, jakim jest w gruncie rzeczy Music Player, zachęca do budowy zaawansowanego systemu. Wyposażenie w moduły sieci przewodowej LAN oraz bezprzewodowej Wi-Fi (w zestawie jest zewnętrzna, spora antenka) zapewni pełną elastyczność.
T+A może pracować zarówno z komputerem, jak i samodzielnymi serwerami NAS, korzystając ze zgromadzonych tam zasobów (protokół DLNA / UPnP), a na deser otrzymujemy jeszcze wbudowaną aplikację do radia internetowego.
Zastosowane procesory pozwalają obsłużyć praktycznie wszystkie występujące dzisiaj formaty plików audio, od MP3 przez WMA, AAC, OGG Vorbis aż po WAV i Flac. Te ostatnie mogą mieć parametry sięgające 32 bitów i 192 kHz. Takie sygnały są później konwertowane na postać analogową w przetwornikach Burr Browna (ponownie 32 bit/192 kHz). Wyposażenie superodtwarzacza obejmuje nawet tuner FM!
Niezależnie od materiału, urządzenie daje do wyboru dwa tryby pracy filtra cyfrowego. W każdym kanale pracuje dwukanałowy przetwornik Burr Brown PCM1795, zwierający też funkcje zmiennych filtrów wyjściowych, obsługujący także DSD.
T+A Music Player + Power Plant Balanced - odsłuch
Storpedowany potęgą i dynamiką brzmienia T+A, mógłbym uwierzyć, że przede mną znalazł się system ze znacznie większym i mocniejszym wzmacniaczem. A to tylko dwa skromne urządzenia, które swoją prezencją wcale nie sugerują swoich możliwości. System stawia w wielkim stopniu na bas, nie bojąc się w tej dziedzinie najtrudniejszych wyzwań.
Niskie tony są potężne, pięknie rozciągnięte, swobodnie sięgają w rejony, w których łatwo o utratę kontroli. T+A potrzebuje do zaprezentowania pełni swoich niskotonowych walorów towarzystwa dużych i dobrze zestrojonych kolumn. Czuć moc systemu, który potrafi grać głośno, utrzymując przy tym porządek. Ekspresja porównywalna z emocjami basowymi pojawia się też w podzakresie wyższego środka; werbel, instrumenty dęte oddawane są z animuszem i świetnym różnicowaniem.
T+A oczywiście może zagrać ciszej, lecz niezależnie od poziomu głośności są podtrzymywane energetyczność i bezpośredniość; brzmienie systemu nigdy nie staje się miałkie i zmatowione, zawsze znajdzie w nagraniu coś, czym można błysnąć. Wierne oddanie barwy nie jest zaniedbywane, lecz nie jest też celem nadrzędnym, ważniejsza jest dynamika, która też przynosi muzyce realizm.
Docenią to ci, którzy znają muzykę na żywo, a nie tylko z audiofilskich opisów i wyobrażeń... Sam nie wiem, kiedy pojawiają się kres możliwości dynamicznych i kompresja, gdyż zachowując nawet irracjonalnie wysokie poziomy głośności, nie udało mi się zmusić urządzeń do kapitulacji.
Soprany są zawsze czyste, nie mają żadnych tajemnic, wszystko jest pokazywane jak na dłoni, lecz trzeba zaznaczyć, że nie są agresywne i wybuchowe, nie one determinują ekspresyjny charakter całego brzmienia, lecz tylko go dopełniają.
Wzmacniacz T+A Power Plant pełni funkcję lokomotywy napędowej dla całego systemu. Gra jednocześnie potężnym i kontrolowanym dźwiękiem, w którym wysokie tony pozostają w lekkiej defensywie. Brzmienie odtwarzacza wyróżnia błysk wysokich tonów i silna artykulacja średnicy, nie ma tu jednak rozjaśnienia, lecz jest doskonała rozdzielczość i dynamika.
Radek Łabanowski