Thrash metal w ostatnim czasie próbuje powstać i otrzepać się z popiołów. Jak mu to wychodzi? Ano tak średnio. Próżno myśleć, że źródłem tego zrywu są jakieś nowe kapele na rynku. Chodzi raczej o powrót do gry "wielkiej czwórki" gatunku.
Koncertowo zespoły te mają ponownie zawojować świat, choć studyjnie dają sobie obecnie przeciętnie radę. Metallica na siłę stara się wrócić do okresu największych sukcesów, Slayer nie wytrzymuje próby czasu, Anthrax na razie czeka w pogotowiu i w sumie jedynie Megadeth wychodzi z tej potyczki obronną ręką. W całym tym zamieszaniu okazuje się, że zapomnieliśmy o jeszcze jednym graczu, który sprawia nam pierwszą wielką niespodziankę w 2010 roku. Mowa oczywiście o Overkill.
"Ironbound" to już 15-ty album studyjny zespołu, który w tym roku obchodzi swoje trzydzieste urodziny. Z pierwszego, oryginalnego składu pozostali dwaj członkowie: wokalista Bobby Ellsworth oraz basista Carlos Verni. Na płycie zaskakują jednak nie tylko oni, ale cała ekipa dająca z siebie absolutnie wszystko. Ten materiał to prawdziwy potwór już od pierwszego, monumentalnego (ponad osiem minut) utworu. Solówki powodują opadanie szczęki, a energia kipi z krążka tak, że można wyobrazić sobie zaciskającego zęby i machającego głową Beavisa z popularnej kreskówki MTV.
Gdy tak słucha się "Ironbound" można zastanawiać się czy Overkill pozostawiło studio w jednym kawałku. Moc generowana przez tych dziesięć kapitalnych utworów jest naprawdę ogromna i możnaby nią rozdzielić "wielką czwórkę" (choć tym razem chyba powinniśmy ująć ją w podwójny cudzysłów) i jeszcze trochę by zostało. Z kolejnych żelaznych kompozycji dosłownie wylewa się krwawica zespołu.
Dawno nie słuchałem thrashowego albumu, którego galopu słuchałbym z takim zadowoleniem. Wspaniały dowód na to, że metal ma się nadal dobrze i doskonały przykład na to, że gatunek ten mimo obiecującego rozwoju kilku świeżych grup, nadal trzymany jest w ryzach przez weteranów.
M. Kubicki
Nuclear Blast