Kariera Harry'ego Stylesa przebiega wręcz wzorcowo. Zaczynał od śpiewania w wymyślonym od początku do końca boysbandzie One Direction. Tam zdobyta sława i miłość fanek pozwoliły mu na rozpoczęcie kariery solowej.
Po ciepło przyjętym debiucie zatytułowanym jego imieniem i nazwiskiem otrzymujemy o wiele ciekawszy drugi album. 25-letni Harry Styles staje u progu wielkiej kariery, może nawet na miarę Justina Timberlake'a i Robbiego Williamsa, którzy przeszli przecież podobną drogę. Na "Fine Line" znalazł się starannie dobrany materiał z pogranicza popu, r'n'b i białego soulu z czytelnymi wycieczkami w stronę lat 70.
Harry Stales doskonale radzi sobie tu wokalnie, jego styl jest elegancki, a piosenki melodyjne. Do tańca porywa "Watermelon Sugar". Uduchowiony "She" wędruje w stronę psychodelicznego soulu z gitarową solówką, której nie powstydziłby się Prince. Elementy muzyki latynoskiej zawiera leniwy "To Be So Lonely".
Kojarzący się z twórczością Eda Sheerana "Cherry", czerpie z muzyki irlandzkiej. Folkowo zabrzmiał "Fine Line", choć tu bliżej mu do Bona Ivera. W "Canyon Moon" upodabnia się z kolei do Robbiego Williamsa, a "Treat People With Kindness" idealnie pasowałby do musicalu. Różnorodność piosenek pokazuje, jak wszechstronnym jest wokalistą.
Grzegorz Dusza
Sony Music