Ten album był antidotum na rozpacz, w jakiej pogrążył się Australijczyk po śmierci w krótkim czasie dwóch synów. Wśród osiemnastu utworów przeważają numery z ostatniej płyty, ale nie zabrakło wielu wcześniejszych szlagierów, m.in. "Into My Arms", "Red Right Hand", "O Children" czy "From Her To Eternity".
Utwory – nawet te spokojniejsze – rozpiera energia. Nick Cave śpiewa je z za angażowaniem, a w jego głosie słychać ten niepowtarzalny gospelowy żar. Podkreśla go udział żeńskiego chórku, jak w porywającym wykonaniu utworu tytułowego z płyty "Wild Gold". Obok regularnego zespołu to właśnie żeńskie partie i smyczki są dodatkowym atutem albumu.
Nagrania zostały tak zestawione, by nie stracić dynamiki występu. Po części z energetycznymi numerami następuje ta spokojniejsza, wręcz melancholijna, by znów nabrać mocy w końcówce. Dobiegający siedemdziesiątki artysta wyszedł z mroku i nabrał ochoty na życie, a jego koncerty to wielka uczta duchowa.
PIAS