Brytyjska grupa, słynąca z rozbudowanych form i aranżacyjnych fajerwerków, postanowiła nasycić swoje piosenki kosmicznymi elementami. Momentami album przyjmuje formę soundtracku do filmu science fiction. Wciąż jednak fundamentem są tu gitarowe riffy o wielkiej sile rażenia i mocno brzmiąca sekcja rytmiczna z wyrazistym basowym pulsem.
Żeby było ciekawiej, pojawiają się klawiszowe brzmienia, partie orkiestry symfonicznej i chóru. W połączeniu z nieco zblazowanym śpiewem Matthewu Bellamy’ego robi to ogromne wrażenie, choć czasem wydaje się, że tak rozbuchane brzmienie jest zbyt przytłaczające. Może należało je nieco uprościć, wtedy stałoby się czytelniejsze i bardziej przyjazne dla słuchacza.
Mimo wszystko "The Wow! Signal" trzeba zaliczyć do najbardziej udanych produkcji zespołu. Muse umiejętnie porusza się pomiędzy metalem, emo, glamem, rockiem progresywnym i popem. Cały czas obcujemy z muzyką najwyższej próby, która sprawdzi się na listach przebojów i podczas gigantycznych stadionowych koncertów.
Warner Music