Anna Maria Jopek o spektaklu i albumie „Czas kobiety"

Newsy

Anna Maria Jopek obiecała przynieść do Studia U22 swoje nagrania w wersji High Resolution. Spotkanie odbyło się 3 października 2017 r., a okazją była warszawska premiera przedstawienia, a właściwie monodramu "Czas kobiety" oraz premiera albumu z muzyką ze spektaklu nagranego razem z basistą Robertem Kubiszynem, który stworzył partie instrumentalne.

Dodano: 7 marzec 2018

Spektakl wystawiono w Sali Kameralnej Teatru Wielkiego Opery Narodowej, a kto zechce zobaczyć go na żywo, musi śledzić terminarz Teatru Starego w Lublinie, dla którego wyreżyserował go Leszek Mądzik. Na płycie jego nazwisko zostało wyeksponowane także w roli inspiratora. Przedstawienie jest godne podróży do Lublina, bo robi mocne, niezapomniane wrażenie. O pracy nad nim opowiada Anna Maria Jopek.

- Dwa lata temu podjęłam współpracę z mistykiem polskiego teatru Leszkiem Mądzikiem - powiedziała Anna Maria Jopek. - Było to niesamowite przeżycie, bowiem jest to osoba unosząca się ponad ziemskimi sferami. Zawsze marzyłam, by zasięgnąć jego rad, bowiem w pewnym momencie moje życie estradowe zaczęło być dla mnie za ciasne.

To spotkanie miało swój początek jeszcze wcześniej. Trzy lata temu miałam trasę koncertową w Portugalii, podróżowałam z moją menadżerką Joasią Drozdą i powiedziałam jej, że nie jestem w stanie pójść dalej, że muszę poszukać dla siebie innych ścieżek. Marzyłam o tym, żeby poszukać drogi, na której spotkają się różne sztuki, gdzie ruch i światło może zainspirować powstawanie dźwięków. Myśląc o tym, przyszedł mi do głowy jedyny człowiek, który poruszył mnie naprawdę głęboko, w sztuce tak bardzo własnej, że nie można tego z niczym porównać, Pan Leszek Mądzik.

Powiedziałam Joasi, że strasznie chciałabym spotkać Leszka Mądzika, choćby umówić się na kawę. Byłam pewna, że mógłby mi powiedzieć choćby jedno zdanie, dać mi wskazówkę, która otworzyłaby coś w mojej głowie, pomogłaby mi wydostać się z miejsca, w którym jestem, by pójść dalej. "A ja mam numer jego telefonu" – odparła Joasia. To było nieprawdopodobne!

Z tej portugalskiej drogi zadzwoniłyśmy. Ja się przedstawiłam, powiedziałam: "Panie Leszku, pan mnie nie zna, jestem piosenkarką, stanęłam pod ścianą i nie mogę dłużej robić tego, co robię, szukam dla siebie nowej drogi, mam przeczucie, taki wewnętrzny głos, że pan może mi pomóc. Leszek Mądzik w ogóle nie okazał zaskoczenia tym tematem, powiedział nawet: "Właściwie to czekałem na Panią". Umówiliśmy się na lotnisku w Warszawie, bo oboje byliśmy w drodze.

Czekając na Okęciu, uświadomiłam sobie, że go nie rozpoznam, bo nigdy go nie widziałam, znałam go tylko poprzez jego sztukę. Raptem sunie ktoś w moją stronę otoczony kulą światła, pomyślałam, to musi być On. Zaczęliśmy rozmawiać i Leszek pyta: "Może chciałaby Pani spróbować czegoś w mojej przestrzeni?". Uzgodniliśmy, że najpierw napiszę muzykę.

Kiedy już zaczęliśmy się spotykać i rozmawiać o tym, co napisałam, przekonał mnie, że powinnam to zagrać w jego przedstawieniu. Zaznaczyłam, że nie jestem aktorką, mogę tylko zaśpiewać. Odpowiedział: "Dobrze, zagrasz i zaśpiewasz". Wymyśliliśmy, że to będzie "Czas kobiety" - podróż w czasie, kiedy przez czterdzieści minut muszę zagrać swoje życie, zaśpiewać różne stany emocji. Nie pada ani jedno słowo, bo w sztukach Leszka Mądzika nigdy nie wypowiedziano nawet jednego słowa.

Na okładce płyty jest zdjęcie, na którym widać, jak leżę w stanie embrionalnym, a tytuły kolejnych utworów to: "Początek", "Narodzenie", "Błogostan", w którym śpiewam moje dzieciństwo i kolejne, aż do "Epilogu". Leszek pokazuje to wprost nieziemsko, jestem w jego przedstawieniu symboliczna, nie muszę niczego odgrywać, jestem sobą. Jedyną uwagę reżyserską, jaką mi przekazał, to: "Śpiewaj! Kiedy będziesz śpiewać, to głos cię poniesie, głos podpowie ci, co ma robić ciało".

W scenografii jest jakby kilka pokoi, w których gram różne stadia swojego życia. Na scenie jestem tylko z basistą Robertem Kubiszynem, nikt więcej się nie pojawia, nikt inny nie wydaje dźwięków. Muzycznie są to duety na bas i głos, tylko w kilku momentach realizator dokłada elektroniczne tło. Przedstawienie kończy się tym, że muszę się położyć do trumny. Wejście do trumny i zatrzaśnięcie wieka od środka jest nieprawdopodobnie silnym przeżyciem.

Kiedy pisałam muzykę, pozostawiałam sobie trochę miejsca na improwizację, na emocje, które za każdym razem prowadzą mnie dalej, tam, gdzie się nawet nie spodziewam. Spektakl gramy w Teatrze Starym w Lublinie. To jest mały teatr, zastosowaliśmy nagłośnienie surround, wokół widowni. Widz siedzi w jądrze dźwięku. Śpiewam w każdej możliwej pozycji ciała, więc nie mogę mieć do dyspozycji mikrofonu. Mam przyklejony do policzka mikroport, a wiadomo, że on nie daje pełnego pasma dźwięku, więc realizacja nagłośnienia jest bardzo skomplikowana.

Na scenie wszystko jest bardzo symboliczne, pokazane w języku Leszka Mądzika, co spełnia moją potrzebę doświadczenia czegoś metafizycznego. Gdybym dziś mogła napisać tę muzykę, zrobiłabym to inaczej. A musiałam ją napisać jeszcze, zanim zaczęliśmy współpracować. Robert Kubiszyn napisał wypełnienia pomiędzy moimi partiami wokalnymi.

Robert jest świetnym kolorystą i bardzo ciekawie te rzeczy rozegrał. Ponieważ jesteśmy improwizatorami, to pozostawiliśmy sobie otwarte pole, żeby z tych napisanych tematów wędrować jeszcze tam, gdzie nas energia i emocje poniosą. To jest dla mnie niebywałe, żeby śpiewać czterdzieści minut bez jednego słowa. Kocham wokalizę, ale nigdy nie zadałam sobie takiej etiudy, żeby śpiewać tylko w ten sposób. Musiałam szukać kompletnie innego wokalnego języka.

Biorąc udział w kolejnych przedstawieniach, odkrywałam magię Teatru Starego, Lublina i tej niesamowitej sytuacji, w której się znalazłam. Powiedziałam Robertowi, że nagramy to, ale nie teraz, nie na początku. Po drodze zdarzyła mi się przygoda z tworzeniem albumu "Minione" z Gonzalo Rubalcabą. Dziś myślę, że gdybym nie spotkała Leszka Mądzika, nie byłoby współpracy z Gonzalo.

Nagraliśmy "Czas kobiety" 31 sierpnia 2017 r. w Studiu S4 Polskiego Radia, a 1 września zmiksowaliśmy materiał. Realizatorem był Tadeusz Mieczkowski, z którym nagrałam album "Upojenie" i mnóstwo innych płyt. Powiedziałam mu: "Tadzio, ja tu nie śpiewam ani jednego słowa, ja tu śpiewam awangardowo. Mam wrażenie, że mój głos rezonuje w mojej głowie, chciałabym, żebyś to uchwycił tak, jakbyś nagrywał trąbkę albo śpiewaka operowego".

Wzięliśmy mój ukochany mikrofon Neumann U87, ustawiliśmy go tak, żeby zbierał dźwięk ze wszystkich kierunków, dookoła. Tadzio dostawił jeszcze w pewnym oddaleniu dwa mikrofony Schoepsa. Kiedy zaczęliśmy nagrywać, to miałam potrzebę poruszania się, bo właśnie to robię w przestrzeni, którą stworzył na scenie Leszek. Kiedy zmieniam położenie głowy, to ten dźwięk też sobie wędruje. To jest duża wartość tego nagrania z audiofilskiego punktu widzenia. Podoba mi się, że dźwięk na tej płycie ma inną przestrzeń niż tradycyjne nagrania, nie jest ujęty w ramy, które tworzy ustawiony przed wokalistą mikrofon.

Łukasz Turkan

Audio - grudzień 2018

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Tym razem nietrudno wskazać najważniejszy test numeru - to porównanie pięciu wzmacniaczy zintegrowanych, w cenie 7000–9000 zł. Pokazują nie tylko swoją własną kondycję, ale też dobrze demonstrują zmiany wśród ogółu wzmacniaczy. Każdy ma na pokładzie DAC-a, ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj