Bill Frisell o swojej nowej płycie "Music IS"

Newsy

"Muzyka zwykle kojarzyła się z graniem z innymi. Bo jest konwersacjąBill Frisell - gitarzysta, kompozytor i aranżer opowiada o swoim  solowym albumie "Music IS".

Dodano: 6 lipiec 2018

Łał! Wykrzyknąłem, słysząc pierwsze akordy nowego albumu Billa Frisella - chyba nigdy wcześniej nie słyszałem tak czysto brzmiącej gitary elektrycznej! A przecież Frisell wydał ponad czterdzieści autorskich albumów, z których wiele mam na półce. Czy wcześniej nie grał tak perfekcyjnie, klarownie, a zarazem z tak wielkim uczuciem, jak teraz? Zapewne, ale teraz bardziej. "Music IS" to dopiero drugi w pełni solowy album w jego karierze po wydanym w 2000 r. "Ghost Town". Że to album niezwykły, wiedziałem już po pierwszym przesłuchaniu, a utwierdzam się w tym przekonaniu po każdym następnym.

Ten wybitny improwizator zaczyna każdy swój dzień od filiżanki kawy i pisania nowych utworów. Zapisuje je na małych karteczkach, które zalegają w całej jego pracowni, gdzie stoi rząd przeróżnych gitar: kilka Gibsonów, Fender Stratocaster, Fender Telecaster, Martin, Tacoma, Klein, Andersen i Yanuziello.

Nie wiem, skąd biorą się te melodie - zwierza się Bill Frisell. - Staram się niczego nie oceniać i pozostawiać je takimi, jakie są. W jednym z wywiadów powiedział: Muzyka jest dobra" i od tamtego czasu powtarza to sobie i swoim rozmówcom jak mantrę. Jak się okazuje, usłyszał tę sentencję od swojego przyjaciela, bandżysty Danny`ego Barnesa.

-To prawda, która nigdy nie straci na znaczeniu - mówi gitarzysta. - Jest w tym stwierdzeniu coś doskonałego. Wszystko, co chcę wiedzieć, kryje się w tej frazie "Muzyka jest dobra". Nawet chciałem tak zatytułować album, ale to byłoby zbyt dosłowne. Lepiej zostawić tytuł otwarty.

Tytuł "Music IS" podkreśla znaczenie słowa JEST. Bo muzyka jest w nas i w tym, co nas otacza. Jakby zadaniem kompozytora było tylko ją zauważyć, chwycić i przenieść na papier albo od razu wpleść w struny, jak choćby improwizujący na swych gitarach Bill Frisell.

Przypomniała mi się wypowiedź Micka Jaggera zapytanego o to, skąd bierze pomysły na swoje piosenki. - Z powietrza - miał powiedzieć - one tam są, ja je tylko chwytam. Frisell "pochwycił" mnóstwo takich tematów "krążących" w przestrzeni. Wydają się proste, łatwo wpadające w ucho, co z pewnością jest zaletą, lecz wsłuchanie się w tę muzykę przynosi odkrycia już nie tak oczywiste jak linie melodyczne.

To wyrafinowane harmonicznie i rytmicznie utwory, których słucha się z zainteresowaniem od pierwszego do ostatniego akordu. Każdy, kto śledzi karierę gitarzysty, powie, że właśnie takich się spodziewał, bo niektóre słyszał na koncertach. Tym, którzy Frisella znają słabo, warto pokazać, co robił wcześniej.

Edukację muzyczną odbył w USA, m.in. w Berklee College of Music w Bostonie, w tym samym czasie co Pat Metheny, który jest trzy lata młodszy. Właśnie Pat polecił Frisella producentowi i szefowi ECM Records Manfredowi Eicherowi, kiedy sam nie mógł wziąć udziału w sesji nagraniowej płyty "Psalm" Paula Motiana.

Bill Frisell zagrał też z Janem Garbarkiem na płycie "Paths, Prints". W 1983 r. ECM wydał pierwszy autorski album gitarzysty "In Line". Kilka utworów zagrał na nim solo, a pozostałe w duecie z basistą Arildem Andersenem. Kolejna sesja nagraniowa odbyła się już w Nowym Jorku, gdzie Bill wystąpił w duecie z awangardowym saksofonistą Timem Berne’em.

Jednak amerykańscy krytycy i jazzfani zwrócili baczniejszą uwagę na Frisella dopiero wtedy, gdy ECM wydał jego drugi autorski album "Rambler". To była eklektyczna, a pod względem brzmienia nowatorska płyta. Do dziś słucham jej z zaciekawieniem. Po powrocie do Nowego Jorku założył własny kwartet, a także przyłączył się do grupy Johna Zorna Naked City.

Znaczące dla jego kariery było trio: Paul Motian/Joe Lovano/Bill Frisell. W 1988 r. przeniósł się do Seattle, gdzie mieszkał do 2000 r. Tam nagrał wysoko ocenione przez krytyków albumy: "Have A Little Faith" z muzyką amerykańską od Charlesa Ivesa i Copelanda do Dylana, Hiatta i Madonny. Z kolei na płycie "This Land" zagrał własne kompozycje.

Dopiero po roku 2000 Bill Frisell zaczął być uznawany za jednego z najwybitniejszych współczesnych gitarzystów jazzowych, być może najważniejszego od czasu Wesa Montgomery`ego, jak podkreślił jeden z krytyków. Można się zastanawiać, jaką pozycję zajmują w takim rankingu John Scofield i Pat Metheny. Jest pewne, że eklektyczny styl Frisella jest ceniony przez szerokie grono fanów: folku, bluesa, country (znakomity album "Nashville"), jazzu i awangardy. Co ciekawe, Frisell nie był tak często nagradzany jak Metheny czy Scofi eld. Swój nowy album nagrał w studiu Flora Recording and Playback należącym do przyjaciela Tuckera Martine`a. Współproducentem był długoletni współpracownik gitarzysty Lee Townsend.

Lee Townsend i Tucker Martine to moi długoletni, bliscy muzyczni bracia, mogę im wszystko powierzyć i zaufać – podkreśla Frisell. - Jesteśmy ze sobą na dobre i na złe. Dzięki nim mogę się skupić tylko na graniu. Kiedy znaleźliśmy się w studiu, położyłem przed nimi zbiór moich spisanych tematów i zaczęliśmy nad nimi pracować po kolei, z jednego punktu do drugiego. Komponowanie, aranżowanie, granie, nagrywanie i miksowanie stało się jednym, nierozłącznym procesem.

W repertuarze znalazły się wyłącznie kompozycje autorskie Frisella, w tym kilka pochodzących z dawnych lat, jak choćby ballada "Rambler", w której do prostych akordów gitary akustycznej dodał zniekształcone przystawkami dźwięki gitary elektrycznej. Ten utwór ma też wersję alternatywną, już bez ekstrawaganckich dodatków, która zamyka album. Jest też ujmujący zrelaksowanym nastrojem temat z debiutanckiej płyty "In Line", wykonany na kilka gitar, zupełnie inaczej niż w 1982 r.

- Granie solo jest zawsze wyzwaniem - podkreśla Frisell. - Muzyka zwykle kojarzyła się z graniem z innymi. Bo jest konwersacją. Zawołaniem i odpowiedzią (call & response). Zaś zagranie wszystkiego samemu, jest jak podróż. Musiałem zmienić sposób myślenia. Przygotowując się do nagrań, występowałem przez tydzień solo w klubie The Stone w Nowym Jorku. Każdego wieczoru wykonywałem muzykę, której nie grałem nigdy wcześniej. Celowo chciałem wprowadzić się w stan braku pewności siebie, niewygody. Natomiast nie chciałem opierać się na chwytach, które są dla mnie bezpieczne. To uczucie przeniosłem do studia, żeby nic nie było wcześniej zaplanowane.

Korzystając ze stosu zapisanych wcześniej na karteczkach tematów i improwizując do tych tematów, Bill Frisell wykreował muzyczny patchwork. W spontanicznym procesie tworzenia sięgał do pamięci, korzystał z zapisków i improwizował. Niektóre utwory wykonał solo, w innych dograł dodatkowe partie nakładając na siebie różne brzmienia swoich gitar z przystawkami i bez.

- Od początku swojej kariery wiedziałem, że chcę nagrywać własne kompozycje - mówi Frisell. - W ciągu ostatnich kilku lat zrealizowałem wiele projektów z muzyką innych kompozytorów, m.in.: "John Lennon", "Guitar in the Space Age", "When You Wish Upon a Star". To było wspaniałe i... uwodzicielskie. W taki sposób się uczę. Mogę spędzić resztę życia studiując Burta Bacharacha... lub Charliego Parkera... albo Bacha... albo...? Tak bez końca.

Ale nadszedł czas, aby wrócić do moich własnych utworów. To, co znalazło się na tym albumie, jest bardzo różnorodne. Niektóre tematy są nowe, inne pochodzą z odległej przeszłości. "In Line" i "Rambler" pochodzą z moich pierwszych nagrań dla ECM Records.

Jestem muzykiem od ponad pięćdziesięciu lat, aż trudno mi uwierzyć, że tak długo. Jedną z niesamowitych rzeczy związanych z tym, że się starzeję, jest możliwość powtórzenia rzeczy, które słyszałem lub grałem dawno temu. Zawsze znajdzie się coś nowego do odkrycia. Otwierają się przede mną nowe ścieżki. Jeśli będę miał szczęście, może nawet nauczę się czegoś po drodze. To jak spojrzenie na moją własną muzykę z daleka przez teleobiektyw.

Bill Frisell stworzył dzieło wyjątkowe, muzykę, którą odkrywa się wraz z nim. Pełną pięknych melodii, chwytającej za serce harmonii, wywołujących uśmiech na twarzy relaksujących dźwięków. Słuchanie "Music IS" może wprowadzić w stan nirwany, bo cóż jest przyjemniejsze od dobrej muzyki? A muzyka Billa Frisella JEST po prostu dobra.

Marek Dusza
Fot. Monica Jane Frisell

Audio - październik 2018

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Od głośników bezprzewodowych za 3 tysiące do high-endowych kolumn za 30 tysięcy; od amplitunerów wielokanałowych za 3 tysiące do wzmacniaczy lampowych za 30 tysięcy... Każdemu polecamy dokładnie to, czego szuka i na co go stać, a wszystkim - dobre testy, które ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj

Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio