Wojciech Majewski: Swobodnie i subiektywnie interpretuję Grechutę

Wojciech Majewski: Swobodnie i subiektywnie interpretuję Grechutę

"Muzyka Grechuty nic a nic się nie zestarzała, nadal fascynuje. Przecież pierwszą piosenkę 'Pomarańcze i mandarynki' napisał jeszcze w liceum. Kiedy nagrywał pierwsze swoje utwory miał 22 lata i był w pełni ukształtowanym artystą". Tak o twórczości Marka Grechuty, z którą sam się zmierzył, przy okazji wznowienia płyty "Grechuta", mówił w rozmowie z nami pianista Wojciech Majewski.

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Audio do ulubionych źródeł

- W muzycznych rodzinach, a z takiej pan pochodzi, dzieci wcześnie zaczynają muzyczną edukację. Kiedy pan usiadł pierwszy raz do fortepianu, kiedy poznał jazz?

- Muzyka jazzowa zawsze rozbrzmiewała w domu mojego dzieciństwa. Chociaż nie chodziłem do podstawowej szkoły muzycznej, to grałem od dziecka i nie tylko na fortepianie. Zachowało się takie domowe nagranie, na którym gram pałkami od perkusji, które dostałem od Tadeusza Federowskiego, perkusisty w zespole ojca Old Timers. Grałem na wszystkim, co znalazło się w zasięgu moich rąk.

Mając siedem, może osiem lat samodzielnie skonstruowałem instrument dęty, który uważałem za puzon. Składał się z fragmentu fletu prostego, ustnika i tłumika od trąbki. Na tym instrumencie zrealizowałem pierwsze nagrania z bratem. Skorzystaliśmy wtedy z gotowych podkładów sekcyjnych. Zagraliśmy standardy m.in. Charliego Parkera, Sonny’ego Rollinsa i Milesa Davisa, a nagranie było prezentem pod choinkę dla rodziców. Mniej więcej w tym czasie zacząłem się interesować fortepianem. Ojciec żadnego z nas nie namawiał do grania, ja sam chciałem. Jeździłem na warsztaty jazzowe do Chodzieży, Gniezna, na wszystkie, jakie wtedy istniały.

- Miał pan wtedy szansę zagrać z wielkimi polskimi jazzmanami?

- Tak, najbardziej utkwiło mi w pamięci spotkanie z Tomaszem Szukalskim w Chodzieży. Miałem może dwanaście lat. Pamiętam, jak w trakcie jam session ojciec wypchnął mnie, żebym zasiadł do fortepianu. Byłem tak stremowany, że nie zauważyłem, iż gram bluesa w innej tonacji niż Szukalski. Podszedł do mnie w trakcie i powiedział, że to jest blues w B. Ja myślałem, że wszystkie bluesy są w F. Natychmiast zmieniłem tonację, a potem Tomek powiedział do mikrofonu, że mam dopiero dwanaście lat, a już razem zagraliśmy. To był mój debiut. Wtedy już pobierałem prywatne lekcje i wkrótce zacząłem chodzić do średniej szkoły muzycznej.

- Uczył się pan grać jazz czy również klasykę?

- Na początku byłem zorientowany na jazz, ale zachwycił mnie Chopin, a także Skriabin, którego miniatury wypełniły mój ostatni album "Wojciech Majewski gra Skriabina".

- A jeśli jazz, to tylko tradycyjny czy również nowoczesny?

- Ojciec miał zespół jazzu tradycyjnego Old Timers i nowoczesnego Swing Session, więc oba gatunki były obecne w naszym domu. Jako dziecko byłem zafascynowany zespołem Modern Jazz Quartet, a mój brat grał już jazz nowoczesny z Janem "Ptaszynem" Wróblewskim.

- Czy te rodzinne koneksje muzyczne wpłynęły na pański wybór życiowej drogi?

- Z pewnością. Od dziecka słuchałem muzyki jazzowej, a później klasycznej. Wcześnie poznałem środowisko jazzowe, wielu znaczących muzyków bywało w domu rodziców, później miałem okazję z nimi występować. Dzięki temu miałem odwagę zaprosić do współpracy takich muzyków, jak Tomasz Szukalski. To wszystko miało wpływ na to, co gram i jak gram. Miałem także zainteresowania wychodzące poza jazz, chętnie słucham muzyki spoza świata, w którym się obracam. Tak się pojawił Grechuta, którego nie słuchałem w rodzinnym domu. W ten sposób trzy lata temu nieoczekiwanie odkryłem Davida Bowiego, którego próbuję grać solo na fortepianie.

- Wykonuje pan już jego kompozycje na koncertach?

- Do tej pory tylko raz wykonałem jeden jego utwór, pracuję nad kolejnymi, które trafią na moją następną solową płytę, ale nie będzie ona poświęcona wyłącznie Bowiemu.

- Udział w nagraniu płyty "Robert Majewski Plays Komeda" był pańskim debiutem fonograficznym?

- Tak.

- Interesował się pan wcześniej muzyką Komedy?

- Tak, to przyszło wraz z zainteresowaniem polskimi filmami z lat, kiedy muzykę do nich pisał Krzysztof Komeda. Dobrze poznałem jego kompozycje i miałem pewien wpływ na dobór repertuaru albumu brata, zaaranżowałem temat z filmu "Dwaj ludzie z szafą".

- Wpływ Komedy słychać dziś w polskim jazzie?

- Z pewnością, chociażby w muzyce Tomasza Stańki, który występował z Komedą. Komeda pokazał sposób na "polską nutę" w jazzie. To się słyszy u wielu muzyków, także u mnie.

- W 2001 r. ukazał się pana debiutancki album "Grechuta", dlaczego właśnie jego kompozycje pan wybrał?

- To było zaskakujące dla wszystkich, także dla mnie. Najlepiej wyraził to Jan "Ptaszyn" Wróblewski pisząc w komentarzu do płyty, że "Grechuta i jazz to brzmi jak science fiction". Chociaż Marek Grechuta miał okres współpracy z jazzmanami i pozwalał im improwizować, to sposób, w jaki komponował, odbiegał od jazzu. Oczywiście warto grać utwory Henryka Warsa czy Jerzego Wasowskiego, ale one w jednoznaczny sposób nawiązują do jazzu, zaś Grechuta był wyborem mniej oczywistym, zaskakującym i chyba dość oryginalnym.

- Jak scharakteryzowałby pan styl kompozycji Grechuty?

- To twórczość bardzo zróżnicowana, oryginalna, teraz zajmują mnie te kompozycje, których za życia nie opublikował. Trudno u niego wskazać jakieś wpływy, może poza Chopinem. Zygmunt Konieczny pokazał, jak świetnie tworzyć muzykę do polskiej poezji, ale Grechuta robił to w zupełnie inny sposób. Był świetnym melodykiem, stosował odważne, niekonwencjonalne połączenia akordów - prostych, ale bardzo nietypowo ułożonych. Oryginalnie aranżował, daleko od jakichkolwiek konwencji. Od razu słychać, że to jego utwór.

- Do nagrania zaprosił pan saksofonistę Tomasza Szukalskiego i trębacza Roberta Majewskiego, czy chodziło panu o kontrasty, jakie wynikały z różnej ekspresji tych muzyków?

- To było do przewidzenia, ale tak naprawdę okazało się w studiu. Moja pierwsza myśl była związana z melodycznym elementem kompozycji Grechuty i poszukiwaniem odpowiednich solistów wyposażonych w szlachetne brzmienie, o jakie mi chodziło. Tomek był dużo mniej powściągliwy niż mój brat i to stworzyło bardzo dobry kontrast na koncertach i w studiu. Później nagrałem jeszcze dwie płyty w takim składzie: "Zamyślenie" i "Opowieść".

Właśnie ukazało wznowienie pana albumu "Grechuta", jakie uczucia wzbudza w panu po 15-latach?

- Cieszę się, że to zrobiłem, a nie było to łatwe zadanie ze względu na specyfikę muzyki Grechuty. Cieszę się, że zgromadziłem tak znakomitych muzyków. W przypadku Tomka Szukalskiego powiem, że mogłem zagrać z geniuszem saksofonu. Nie szukałem chwilowego powodzenia. Umizgiwanie się do publiczności ma krótkie nogi.

Efekciarstwo jest skuteczne tylko na chwilę. Chciałem zrobić coś głębszego w sferze muzyki i emocji, co przetrwa próbę czasu. Być może dlatego wytwórnia Sony Music zdecydowała się na wznowienie albumu. Muzyka Grechuty nic a nic się nie zestarzała, nadal fascynuje. Przecież pierwszą piosenkę "Pomarańcze i mandarynki" napisał jeszcze w liceum. Kiedy nagrywał pierwsze swoje utwory miał 22 lata i był w pełni ukształtowanym artystą. Pod każdym względem: kompozytorskim, wokalnym, poetyckim. Należy jednak pamiętać, że ten nasz Grechuta był bardzo swobodną, subiektywną interpretacją, gramy jazz w oparciu o tematy Pana Marka, a nie covery jego piosenek.

- Jakie wrażenie robi na panu jego poezja?

- Na pierwszych płytach jego wiersze sąsiadują z Mickiewiczem, Gałczyńskim, Tuwimem i bronią się. To niezwykłe. Patrzę na Grechutę jak na artystę totalnego. Jak powiedział kiedyś Leszek Moczulski, u Grechuty zacierają się granice między muzyką, poezją, malarstwem. Często równocześnie odbieramy słowa, obrazy, dźwięki... Nie można go traktować jako jednego z piosenkarzy. Z tego wynikają nieudane wykonania jego piosenek.

Grechuta był artystą, który w bardzo indywidualny sposób, za pomocą słów i muzyki prowadził osobisty dialog z poetami, prozaikami, malarzami różnych epok. Jeśli ktoś nie zdaje sobie z tego sprawy i traktuje jego utwory jako ładne piosenki z refrenem, często skazuje się na niepowodzenie. A ponieważ żyjemy w czasach powierzchownych, kiedy nikt nie ma na nic czasu, efekt często bywa mizerny. Te utwory są bardzo zrośnięte z Panem Markiem, który nie przyszedł na niczyje miejsce i nie będzie przez nikogo zastąpiony.

Rozmawiał
Fot. Rosław Szaybo

Chcesz częściej widzieć nasze artykuły w Google? Dodaj Audio do ulubionych źródeł
Marek Dusza
Marek Dusza
Dziennikarz muzyczny i krytyk jazzowy, współpracuje z magazynem AUDIO od początku jego istnienia. Publikuje w dzienniku "Rzeczpospolita” i w magazynie "Jazz Forum". Jest laureatem nagrody Grand Prix Jazz Melomani w kategorii Dziennikarz-Krytyk Roku 2012, sześciokrotnie był do niej nominowany. Jako jedyny polski dziennikarz relacjonował z Los Angeles ceremonię wręczenia nagrody Grammy Włodkowi Pawlikowi. Opublikował ponad sto wywiadów z najwybitniejszymi jazzmanami światowej klasy m.in.: Herbie Hancockiem, Wayne’em Shorterem, Ronem Carterem, Patem Metheny, Rayem Brownem, George’em Bensonem, Tomaszem Stańko, Zbigniewem Namysłowskim, Włodkiem Pawlikiem, Marcinem Wasilewskim, Davidem Chesky, Tonym Bennettem, Dianą Krall, Cassandrą Wilson, Norah Jones, Patricią Barber i Cesarią Evorą. Z zamiłowania jest audiofilem, promuje system nagrywania DSD i płyty SACD. Kocha winyle i docenia jakość tłoczenia. Wśród jego rozmówców nie mogło zabraknąć Kena Ishiwaty.
Zobacz artykuły autora
Wywiady pozostałe aktualności
Zobacz więcej
logo logo