Dominik Wania: Oderwać się od hałasu

30 maja 2019 Wywiady

Zbigniew Preisner robi w muzyce to, co zostało zatracone – pisze melodie. Pianista Dominik Wania mówi AUDIO o nowej płycie "Twilight" z muzyką Zbigniewa Preisnera.

– Słuchałem pana nowej płyty całą niedzielę – od rana do wieczora.

– O, to chyba trochę za długo.

– To znaczy, że można jej tak słuchać, wyjść z tej muzyki i wrócić w dowolnym momencie, słowem, nie wyjmować płyty z odtwarzacza. Taki był zamysł tego albumu?

– To raczej pytanie do kompozytora. Na pewno są to kompozycje związane z miejscami, które odwiedził i z ludźmi, których spotkał. Po zastanowieniu się myślę, że można tej płyty tak słuchać. Właściwie każdego albumu można tak słuchać, jeśli ktoś zechce. Te utwory stanowią pewną całość, ale każdy z osobna jest skończonym dziełem, więc można wybierać je i słuchać osobno.

– Kompozytor pozostawił panu margines na improwizację?

– Mogę określić proporcje pomiędzy tym, co zapisane, a tym, co pozostawił do mojej interpretacji, jak 85:15 procent. W rozumieniu jazzowym, nie ma w tych utworach miejsca na improwizację. Moja interpretacja dość wiernie trzyma się tekstu.

– Jakie znaczenie miało miejsce nagrania?

– Zastanawialiśmy się, gdzie dokonać rejestracji albumu. Z jednej strony studio Zbigniewa Preisnera w Niepołomicach zapewnia warunki laboratoryjne, komfort gry na dobrym instrumencie, ma odpowiednią akustykę i jest świetnie wyposażone. Jednak te utwory są bardzo osobiste i chcieliśmy, żeby brzmiały tak, jakby były zagrane w domu.

Rzeczywiście do tego doszło. Nagraliśmy album w domu kompozytora, położonym w odosobnieniu, z pięknymi widokami na Beskid Sądecki. Dokładnie w salonie, gdzie stoi jego fortepian, stary, stuletni Steinway, na którym komponuje, a czasami nagrywa fragmenty muzyki fi lmowej. To nie jest instrument koncertowy, nie ma głębokiego dołu, ale za to ma klarowną górę i środek pasma akustycznego.

Dom jest wykończony drewnem, więc brzmienie fortepianu jest bardzo naturalne. Do nagrania został zaproszony świetny realizator Leszek Kamiński. Jego reżyserka była w osobnym budynku. Mieliśmy komfortowe warunki do pracy i odpoczynku. Nie było napięcia, że dziś, jutro musimy skończyć. To przeniosło się na muzykę.

– Nagrywaliście o zmierzchu, jak sugeruje tytuł albumu?

– Zupełnie nie, wieczorem nic nie nagrywaliśmy, raczej po południu. Był początek czerwca, piękna pogoda, słońce, bardzo ciepło, kwiaty, pszczoły gdzieś w tle.

– Zbigniew Preisner jest mistrzem muzyki ilustracyjnej do fi lmu i teatru, czy roztaczał przed panem jakieś obrazy, które towarzyszyły mu przy pisaniu utworów na tę płytę?

– Już same tytuły utworów sugerowały nastrój i charakter. Choć częściowo zmieniły się w porównaniu z tym, co miałem napisane w nutach. Na przykład ostatni "Twilight" miał zupełnie inny, polski tytuł. Była także "Kołysanka", która ostatecznie ma tytuł "Autumn". Dowiedziałem się od kompozytora, że utwór "7:30 A.M." – na płycie "To Lose a Friend" – jest poświęcony zmarłej Annie Szałapak. To godzina jej śmierci.

Dominik Wania

To muzyka bardzo nastrojowa, czy wszystko udało się odczytać z nut?

– Dużo informacji kompozytor zawarł w melodii, bo warstwa melodyczna jest tu bardzo ważna, wysunięta na pierwszy plan. Harmonia pozostaje w tle, jest oparta na kilku akordach. Są też ciepło brzmiące tonacje: as-dur, B-dur, jest mało "białych tonacji" granych na białych klawiszach. Każdej tonacji odpowiada jakiś kolor, tak je widzę i tak je interpretuję, poruszam się w kręgu pewnych kolorów, barw.

– Intryguje mnie pana zdjęcie z tyłu okładki płyty, skłania słuchacza do skupienia i dociekliwości, bo taki właśnie ma pan wyraz twarzy. Czy kompozycje Zbigniewa Preisnera były trudne do zagrania?

– Z pewnością były trudne pod względem decyzji, jaką ilość dźwięków zagrać w określonym czasie. Pomimo tego, że dźwięki są zapisane w nutach, to jak długo będą wybrzmiewać w przestrzeni, kiedy pojawią się następne, zależało ode mnie. Współpracowałem wcześniej ze Zbigniewem Preisnerem przy nagrywaniu muzyki filmowej i najczęściej pojawiała się uwaga, trochę żartobliwa, żeby nie było za dużo jazzu. Chodziło mu o to, żebym nie grał bardziej skomplikowanych, jazzowych harmonii. Choć i tak przemycam swoje jazzowe barwienie prostymi środkami, by akord brzmiał pełniej.

Trudność polegała na zagraniu małej ilości dźwięków, żeby nie dodawać niczego ponad to, co jest niezbędne. To są proste formy i nie można ich nadmiernie koloryzować ozdobami, bo zginie najważniejsze – melodia. Preisner robi w muzyce to, co zostało zatracone – pisze melodie. Podobne odczucie miałem grając z Tomaszem Stańką: nie grać za dużo, dbać o szczegół.

Lepiej wyczekać, wytrzymać akord, niczego nie dodawać, a nawet zagrać o jeden dźwięk mniej. Starałem się nie zakłócić biegnącego w utworach Preisnera czasu. Swoim studentom też często powtarzam: zagraj mniej, niż ci się wydaje, że powinieneś. To będzie akurat tyle, ile trzeba. I ta zasada się sprawdza.

– Pozostawił pan słuchaczowi czas na kontemplację muzyki?

– Tak, bo trzeba mieć talent do napisania takich trzech dźwięków, by miały siłę rażenia. Tak samo jest w muzyce fi lmowej, kiedy miałem okazję nagrywać kilka dźwięków do sceny trwającej dziesięć sekund. Musiałem je zagrać tak, by przekazały dokładnie to, co dzieje się na ekranie. Do tych trzech dźwięków podchodzi się często kilkanaście razy, by osiągnąć pożądany efekt. Muszą być zagrane perfekcyjnie. Nie pod względem technicznym, a emocji, jakie sobą niosą.

– Przy tej płycie nagrywał pan wiele wersji utworu, żeby można było wybrać tę najlepszą?

– Grałem dwie, maksymalnie trzy wersje. Kiedy udało się uchwycić klimat, zostawialiśmy tak, jak jest. Zwykle nagrywam bez słuchawek, by osiągnąć efekt "koncertowy", ale tym razem słuchawki okazały się pomocne, by się nie rozpraszać, a skupić na barwie muzyki, która "wchodzi" w mikrofon. Bo to, co słyszy pianista przy klawiaturze, różni się od tego, co wychwytują mikrofony.

– Jak pan rozumie motto albumu napisane przez Zbigniewa Preisnera: "... nie traćmy dni na te niechciane; tak mało nas, tak krótko nas..."?

– To jest sedno tej muzyki, która ma słuchacza wyłączyć z otoczenia, zachęcić go do refl eksji. Wyhamować pęd, w jakim jesteśmy, przynajmniej na tę chwilę, kiedy słuchamy albumu. Nie zastanawiałem się, czy zagrałem 50 akordów z 80 alteracjami, a skupiałem się na czystej, prostej melodii, którą można zanucić. Na każdym kroku towarzyszy nam hałas, a Zbigniew Preisner zachęca, by się od niego oderwać, nie tracić na niego czasu. Skupić się w życiu na rzeczach wartościowych, nie marnować czasu na rzeczy zbędne. Bo minie 5–10 lat naszego życia i może się okazać, że niewiele chwil, jakie przeżyliśmy, jest wartościowych, a resztę trzeba wyrzucić do śmieci.

– Na okładce jest także rekomendacja Lisy Gerard: "Siła intuicji Dominika, jako muzyka, uwolniła wizje Zbigniewa Preisnera. (…) Dominik jest wierzchołkiem góry lodowej, dowodem na istnienie tajemnych zdolności artysty." Co pan o tym myśli?

– Lisa mnie całkowicie zaskoczyła. Poetyckimi słowami określiła innego muzyka, z którym kiedyś się zetknęła. Byłem zszokowany. Spotkaliśmy się podczas dużego projektu Zbigniewa Preisnera "Dokąd?", zrealizowanego w NFM we Wrocławiu. Ma niesamowitą charyzmę i prawdopodobnie dojdzie jeszcze do naszej współpracy, ale na razie nie mogę zdradzić szczegółów.

Rozmawiał Marek Dusza
Fot. Anna Włoch

Live Sound & Installation październik 2019

Live Sound & Installation

Magazyn techniki estradowej

Gitarzysta październik 2019

Gitarzysta

Magazyn fanów gitary

Perkusista październik 2019

Perkusista

Magazyn fanów perkusji

Estrada i Studio październik 2019

Estrada i Studio

Magazyn muzyków i realizatorów dźwięku

Estrada i Studio Plus listopad 2016 - styczeń 2017

Estrada i Studio Plus

Magazyn muzyków i realizatorów dźwięku

Audio październik 2019

Audio

Polski przedstawiciel European Imaging and Sound Association

Domowe Studio - Przewodnik 2016

Domowe Studio - Przewodnik

Najlepsza droga do nagrywania muzyki w domu