Marcin Wasilewski: U Stańki poznaliśmy tajemnicę grania free

Marcin Wasilewski
U Stańki poznaliśmy tajemnicę grania free

Marcin Wasilewski – pianista, kompozytor, lider tria w rozmowie z AUDIO o swoich jazzowych początkach, współpracy i przyjaźni z Tomaszem Stańko, o nagrywaniu płyt dla ECM Records.

Dodano: 3 styczeń 2019

– Jak zaczęła się pana przygoda z jazzem?

– Byłem uczniem podstawowej szkoły muzycznej w klasie fortepianu. Mój ojciec jest muzykiem, więc w domu były różne instrumenty klawiszowe, nie tylko pianino, i dużo płyt. Miałem też ciągoty do gry na instrumentach perkusyjnych, a rytm i poczucie rytmu jest podstawą w jazzie. Brat mojej mamy jest perkusistą, studiował na Wydziale Jazzu AM w Katowicach i to on podsuwał mi pierwsze jazzowe nagrania. W moim walkmanie lądowały kasety z nagraniami Kenny’ego Kirklanda, Brecker Brothers, Jacka DeJohnette’a, Keitha Jarretta, Herbiego Hancocka, Branforda Marsalisa.

– Dlaczego jazz współczesny, a nie dawne nagrania czyli klasyka jazzu?

– Słuchałem najpierw tego, co wówczas było nowe, każdy nasłuchiwał, co dzieje się teraz, co grają inni. Od jazzu współczesnego jest już tylko krok do gigantów, którzy kładli kamienie milowe jazzu. Mój wuj cenił klasykę jazzu, więc zachęcał mnie do słuchania starszych nagrań. Tak zgłębiłem twórczość Johna Coltrane`a, Milesa Davisa, Billa Evansa, Juliana Cannonballa Adderleya, a potem zacząłem słuchać starego jazzu. Jak już wsiąkłem w tę muzykę, to przesłuchałem wszystko, co było możliwe.

Kiedy byłem już na katowickiej akademii, okazało się, że tam wszyscy studenci przerabiają to samo, co ja wcześniej: Davisa, Coltrane’a i innych. Wiedzieliśmy, że by uczyć się jazzu, trzeba cofnąć się w czasie, dociec, jakie były etapy jego historii, jak grali Art Tatum, Erroll Garner i Oscar Peterson. Wnikliwe słuchanie kolejnych zespołów Milesa jest najlepszą szkołą, jak jazz się rozwijał, jak improwizowali jego kolejni pianiści: Red Garland, Wynton Kelly, Bill Evans, Herbie Hancock. Większość moich kolegów-jazzmanów tak robiła. Nasłuchiwała, spisywała solówki, a potem uczyła się je wykonywać i czerpała z nich natchnienie. Trzeba poznać historię, żeby zrozumieć to, co grali później McCoy Tyner, Herbie Hancock czy Keith Jarrett i podążać za rozwojem jazzu.

– Kiedy założył pan swój pierwszy zespół?

– Trudno mówić o "zakładaniu" zespołu. Kiedy mieszkałem w Koszalinie przychodził do mnie, do domu Sławek Kurkiewicz, który uczył się grać na basie i kontrabasie, żebyśmy ćwiczyli standardy na podstawie prymek. Puszczaliśmy sobie maszynę perkusyjną z magnetofonu i tym sposobem mieliśmy trio. W 1989 r., będąc jeszcze mało zorientowani w jazzie, pojechaliśmy na festiwal Jazz Jamboree, po którym totalnie wpadliśmy w jazz i postanowiliśmy grać tę muzykę już na serio. Wysłuchaliśmy wtedy na żywo Michaela Breckera, grupy Walk Away z Urszulą Dudziak, Marlboro Big Band pianisty Gene’a Harrisa z Jamesem Moodym i Rayem Brownem. Występował też Tomasz Stańko, ale pamiętam, że jego występu nie "kupiliśmy". Po powrocie do Koszalina założyliśmy zespół w szkole, najpierw trio, później kwartet z saksofonistą.

– Jak doszło do tego, że pana zespół Simple Acoustic Trio zaczęło współpracę z Tomaszem Stańką?

– Ten fakt poprzedziło jeszcze wiele wydarzeń. W 1992 r. pojechaliśmy do Francji na konkurs festiwalu w Sorgues k. Awinionu i wygraliśmy. Rok później wystąpiliśmy po raz pierwszy na Jazz Jamboree. Otworzyliśmy festiwal tradycyjnym tematem "Swanee River", który był hymnem tej imprezy i zagraliśmy półgodzinny set. Pewnego dnia Tomasz Stańko zadzwonił do Michała Miśkiewicza, żeby razem ze Sławkiem zastąpili jego sekcję rytmiczną na koncercie w Przemyślu. Na fortepianie grał wtedy Janusz Skowron.

Kiedy spotkaliśmy się w trio powiedziałem kolegom, żeby przy następnej okazji koncertu ze Stańką zwrócili mu uwagę, że tworzymy zespół. I tak 8 marca 1994 r. zagraliśmy pierwszy koncert z Tomaszem Stańką w Łodzi. Latem na warsztatach jazzowych dostaliśmy od Ptaszyna nuty z utworami Komedy, a w październiku wystąpiliśmy na Jamboree. Ten koncert był dla nas bardzo udany, z gratulacjami przyszli do nas Zosia Komedowa i Andrzej Trzaskowski. Była transmisja w TVP2 o godz. 20, a to już się teraz nie zdarza.

W styczniu 1995 r. weszliśmy do studia, żeby nagrać nasz pierwszy album "Komeda" dla wytwórni GOWI. Tuż przed próbnymi maturami Stańko wziął nas na trzy koncerty do Wschodnich Niemiec. Fajnie nam się grało, choć on nas jeszcze cały czas testował, przygotowywał. Zapraszał nas do nagrań teatralnych m.in. "Balladyny” i nowej, telewizyjnej wersji "Peyotla” z Markiem Walczewskim i Wojciechem Pszoniakiem.

– Udzielał wskazówek, jak grać?

– Był bardzo wymagający. Na przykład mówił mi: graj oszczędniej, nie graj akordów. Sławkowi podpowiadał: graj tak, żeby nie było słychać tonacji we free walkingu, a Michałowi: graj metodą "sprężynkową”. Wtedy się śmialiśmy. To były bezpośrednie sugestie, jak grać w tym momencie. Spotkanie z Tomaszem Stańką i jego awangardowym podejściem do improwizacji, a jednak z zachowaniem rytmiczności, bardzo nas pociągało. I ta otwartość polegająca na kreowaniu muzyki tu i teraz. Każdy dobór dźwięków determinuje określone skojarzenia harmoniczne, a u Stańki nie wiedzieliśmy, w którą stronę pójdziemy. Do tego Tomasz wypełniał przestrzeń kaskadami dźwięków.

To była zupełnie inna muzyka niż ta, której uczyliśmy się i którą wykonywaliśmy w trio. Graliśmy standardy, Komedę, staraliśmy się otwierać swoją muzykę, ale zderzenie z tym, co gra Tomasz, było bardzo wymagające. Jego harmonie były niezwykle oryginalne, nie takie jak w standardach, po prostu inne, czasem bardziej zawansowane. Byłem fanem jego kompozycji i poznawanie jego muzyki przy nim, u jego boku, było jak balsam dla duszy.

Po każdym temacie jego utworu otwierały się przed nami niesamowite możliwości, one prowokowały do grania free. W tym była tajemnica wolności improwizacji. To nas pociągało, czerpaliśmy z tego natchnienie i uczyliśmy się, jak się w tym poruszać, jak tworzyć muzykę z niczego. To była najlepsza szkoła, jaką można sobie wyobrazić, lepsza od studiów na akademii. Z koncertu na koncert rozgrywaliśmy się, uczyliśmy się porozumiewania, odkrywania, w którą stronę zmierza nasza muzyka.

W trio mieliśmy specyficzną rytmiczność, którą Tomasz podchwycił i wykorzystywał, a my poznawaliśmy jego tajemnicę grania free. Połączenie jego drapieżności z moim lirycznym fortepianem, z intensywną rytmiką sekcji kontrabas - perkusja intrygowało go. Chciał z nami grać, a my czekaliśmy na telefon od niego. Aż któregoś dnia powiedział: nagrywamy razem płytę dla ECM-u. Pojechaliśmy do Oslo i w studiu Rainbow po raz pierwszy spotkałem Manfreda Eichera, szefa wytwórni i producenta.

– Na czym polega wpływ Eichera na muzykę, której słuchamy z płyt?

– Po prostu wymaga, by muzycy grali najlepiej, jak potrafi ą. Byliśmy młodzi, ale nie byliśmy żółtodziobami, mieliśmy za sobą kilka sesji nagraniowych. Jednak to była sesja dla ECM-u i byliśmy zdeterminowani, by jak najlepiej wypaść. Byliśmy skupieni, a Manfred dawał nam odczuć, że podoba mu się nasza muzyka, podgrzewał atmosferę, podpowiadał, czasem zmieniał formę utworu na taką, która okazywała się ciekawsza. Nie ingerował w samą muzykę, ale wchodził do nas pomiędzy utworami, żeby porozmawiać. Oczywiście sam Tomasz Stańko mówił nam, jak mamy grać w kolejnych utworach. Eicher był tak zadowolony z tych nagrań, z tego, jak kreujemy muzykę, że powiedział nam, że chciałby nagrać nasze trio. Byliśmy wniebowzięci.

– Teraz ukazał się album koncertowy, która to pana płyta w katalogu ECM Records i jak powstała?

– Licząc te z Tomaszem Stańką i nagrania z Manu Katche, to jedenasta, a w trio piąta. Album powstał przypadkiem i jest zapisem naszego występu na festiwalu Jazz Middelheim w Antwerpii. Nawet nie wiedzieliśmy, że jest nagrywany. Co ciekawe, przez dwa tygodnie nie grałem, bo musiałem odpocząć po dwutygodniowej trasie po Ameryce. Nie zdawałem sobie sprawy, na jak ważny festiwal jedziemy. Ale kiedy dotarło do mnie, gdzie jestem, najpierw struchlałem, a potem zmobilizowałem się.

Miałem nadzieję, że rozegram się podczas soundchecku, ale mieliśmy tylko 15 minut na sprawdzenie odsłuchów. Na szczęście był dobry fortepian Steinway D, który stroił. Po trzech miesiącach nagranie trafi ło do nas i byliśmy zaskoczeni, że tak dobrze nam wyszło. Wysłałem materiał Manfredowi, on go zaakceptował i tak album "Live” ujrzał światło dzienne.

Rozmawiał Marek Dusza

Audio - wrzesień 2019

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Nagrody EISA zdobywają coraz większe znaczenie, jako że nasze grono poszerza się o ekspertów z całego świata, a nie tylko z Europy. W tym roku przedstawiamy ponad 30 nagród dla urządzeń stereo i wielokanałowych, high-endowych i budżetowych. Kolumny, słuchawki, ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj