To zdecydowanie największe kolumny w tym teście, chociaż ich cena jest tylko trochę wyższa niż konkurentów, a skala technicznej inwestycji… Zanim przejdziemy do szczegółów, tytułem wstępu podajemy, że ich masa jest prawie trzykrotnie większa niż Argona 7LX czy R5t.
Amphion i Perlisten mogą poczuć się nie tyle skompromitowani, co pokrzywdzeni dobraniem im takiego towarzystwa, zwłaszcza że cena V10 została niedawno obniżona do 38 000 zł, a wcześniej przekraczała 40 000 zł – tak jak na innych rynkach.
Ale nawet za ponad czterdzieści… to wciąż kolumna, jakiej trudno znaleźć godnego rywala. To najnowsza propozycja MoFi, zaprezentowana po raz pierwszy w Monachium 2025 i w najbliższych latach raczej nie należy spodziewać się czegoś jeszcze bardziej spektakularnego; już SourcePoint 888 były niespodzianką, początki działań firmy w tej dziedzinie zespołów głośnikowych nie wskazywały, że coś takiego jest w planach.
Działania MoFi Electronics są nieschematyczne. Droga do powstania V10 była kręta i jedyna w swoim rodzaju. Pod patronatem firmy Mobile Fidelity Sound Labs, która od pół wieku zajmuje się wydawaniem muzyki (z dbałością o najwyższy poziom jakości) na różnych nośnikach fizycznych (nie tylko na płytach winylowych, z którymi ostatnio jest najbardziej kojarzona, ale też CD i SACD), ok. 10 lat temu powstała marka MoFi Electronics, aby na fali renesansu winylu zająć się produkcją gramofonów, wkładek i przedwzmacniaczy gramofonowych.
Pomysł był chytry, popyt na gramofony przygotowane przez tak renomowanego specjalistę od winylu – w zasadzie gwarantowany. Podczas gdy inne nowo powstające firmy muszą żmudnie przekonywać o swoich kompetencjach w tej dziedzinie, MoFi weszło do gry z odpowiednią reputacją. Wyróżnia się nawet wśród tuzów zajmujących się gramofonami od wielu lat… bo przecież żaden z nich nie tłoczy też płyt. A odtwarzanie płyt Mobile Fidelity na gramofonie MoFi może być specjalną frajdą.
To sytuacja unikalna, ma też jednak swoją logikę, kiedy jednak MoFi Electronics zdecydowało się wprowadzić do oferty również zespoły głośnikowe, można było się zdziwić… aby za chwilę z zainteresowaniem i dokładnie im się przyjrzeć. Gdyby były to kolejne kolumny, jakich wiele, nawet stylizowane na ostatnio modne "retro" (co też było impulsem do ich powstania), nie zrobiłyby takiego wrażenia, czy wręcz takiej furory. Ich oryginalność i jakość zaszły znacznie dalej.
Chociaż z zespołami głośnikowymi Mobile Fidelity wcześniej miał tylko tyle do czynienia, że używał "jakichś" do odsłuchu, to udało mu się wypromować je chyba nawet lepiej niż gramofony.
Nie znam wyników sprzedaży, ale o głośnikach SourcePoint od kilku lat jest głośno. To marka skupiona wokół "człowieka instytucji", będącego jej twarzą i siłą sprawczą – "ambasadorem" i konstruktorem. Andrew Jones ma szerokie kompetencje, nie tylko konstruktorskie, ale też biznesowe i towarzyskie.
Czytaj również: Czy długość przewodów ma wpływ na pracę kolumn?
W wielu firmach na pierwszej linii frontu, w kontakcie z prasą i klientami występują "marketingowcy", "menadżerowie produktowi", lepiej lub gorzej rozumiejący technikalia, za to sprawnie nawijający makaron na uszy. Konstruktorzy rzadko potrafią robić to tak dobrze, ewentualnie pozostają w odwodzie na wypadek trudniejszych pytań.
Są jednak takie przypadki, jak Andrew Jones, który pozałatwia wszystkie sprawy, sam kolumny zaprojektuje, na imprezach je ustawi, a potem o nich opowie. Nawet ci, którzy na technice się tak dobrze nie znają, ale wiedzą z kim mają do czynienia, nie będą mieli wątpliwości, że można mu zaufać.
Andrew Jones, MoFi i przetworniki
Andrew Jones przyszedł do MoFi ze swoją wiedzą, doświadczeniem i pomysłem. Nawet jeżeli w powstających potem projektach ktoś inny mu pomagał, to nic o tym nie wiemy, cały splendor ma przypaść w udziale jemu, bo w ślad za tym i wyniki będą lepsze. Zresztą projekty te noszą tak silne znamiona jego myśli technicznej, że nie ma tutaj żadnej ściemy.
Zaczęło się od dwudrożnych SourcePoint 8 i SourcePoint 10, w których zastosował swoje ulubione (wręcz obowiązkowe w kolumnach wyższej klasy) rozwiązanie, doskonalone już przez… dziesięciolecia, gdy pracował dla KEF-a, TAD-a i Elaca – a więc moduł koncentryczny. Z tą różnicą względem poprzednich realizacji, że podobno po raz pierwszy (nie zrobiłem kwerendy archiwów) w układzie dwudrożnym, bez dodatkowych głośników niskotonowych (które razem ze średnio-wysokotonowym modułem koncentrycznym tworzyłyby układ trójdrożny).
Aby dwudrożny układ koncentryczny spełnił wysokie kryteria jakościowe, potrzebne było specjalne podejście, na szczęście mające pewien związek… ze stylem "vintage", który też był w założeniach.
Czytaj również: Czy przetworniki koncentryczne wymagają zwrotnicy do podziału pasma?
Membrana głośnika nisko-średniotonowego, aby swoim ruchem nie modulowała zbyt silnie fal promieniowanych przez kopułkę wysokotonową (znajdującą się w jej centrum), nie może poruszać się z dużymi amplitudami; aby jednocześnie nie ograniczać znacznie mocy i rozciągnięcia niskich częstotliwości (amplituda rośnie do kwadratu wraz z obniżaniem częstotliwości), membrana musi mieć dużą powierzchnię – czyli cały moduł koncentryczny musi mieć dużą średnicę.
W ramach obowiązującej na początku XX wieku mody, promującej kolumny wąskie i przetworniki o niewielkich średnicach, byłoby to trudne do zaakceptowania przez wielu klientów. Jednak nostalgia za dawnym kolumnami, szerszymi paczkami i ich większymi głośnikami dała tej koncepcji zielone światło. SourcePoint 8 uzbrojono w 8-calowy (20-cm), a SourcePoint 10 – w 10-calowy (25-cm) moduł koncentryczny.
Udało się, konstrukcyjnie i biznesowo, obydwa modele przyjęto bardzo ciepło (SourcePoint 8 zdobył nawet nagrodę EISA), ale duże podstawkowe konstrukcje, nawet bardzo udane, nie każdemu wystarczą, a dokładnie taki pomysł – dwudrożnego układu koncentrycznego z nisko-średniotonowym pracującym z umiarkowanymi amplitudami – nie był "rozwojowy".
Zastosowanie mniejszego modułu znacznie ograniczyłoby moc i rozciągnięcie niskich częstotliwości, a większego – pogorszyłoby jakość średnich tonów i stworzyło konstrukcję jeszcze bardziej "retro", już wyłącznie dla zdeklarowanych amatorów tego stylu.
Rozszerzenie oferty było możliwe tylko po rewizji początkowych założeń. Potrzebne były konstrukcje o wyższej mocy, z niższym basem, a takie musiały być już trójdrożne.
I w konsekwencji takich wniosków są to już kolumny wolnostojące. Najpierw (2 lata temu) wprowadzono SourcePoint 888 (test w AUDIO 10/2024). Trzy ósemki nawiązują do tego, że w konstrukcji tej pracują trzy przetworniki 8-calowe – jeden średniotonowy (w module koncentrycznym) i dwa niskotonowe.
Producent nie bez podstaw przedstawia go jako rozwinięcie SourcePoint 8, z którego zaczerpnął moduł koncentryczny, ale przecież nie tylko dodał do niego dwa niskotonowe, co pozwoliło wynieść parametry na zupełnie inną orbitę, ale też ograniczył wykorzystanie modułu koncentrycznego do zakresu średnio-wysokotonowego, a to na pewno poprawiło jakość średnich i wysokich tonów – średniotonowy nie jest już obciążony niskimi tonami, a pracując w związku z tym z mniejszą amplitudą, mniej moduluje też wysokie tony.
W ten sposób Andrew Jones wrócił do swoich dawnych założeń, które skłaniały go do projektowania tylko układów trójdrożnych. Czy etap z dwudrożnymi SourcePoint 8 i SourcePoint 10 był tylko początkiem z góry zaplanowanego rozwoju wydarzeń?
Może na nich miało się skończyć, ale ich sukces zwiększył apetyt. Source-Point 888 też zdobył laury, więc firma poszła za ciosem i w zeszłym roku zwodowała Source Point V10 Master Edition. V10 dlatego, że pracuje w niej aż pięć jednostek 10-calowych. Tym razem jest to więc potężna rozbudowa SourcePoint 10, już nie tylko o dwa 10-calowe głośniki niskotonowe, ale także o dwie 10-calowe membrany bierne (pozostałe konstrukcje Source-Point, zarówno podstawkowe, jak i 888, są typu bas-refleks).
Czytaj również: Czy obudowa kolumny jest potrzebna po to, aby działać jako pudło rezonansowe?
Zostawmy jednak na moment membrany bierne; już dwa 25-cm niskotonowe to nie przelewki, bez względu na to, w jakim systemie pracują. Tak wyposażone kolumny audiofilskiej klasy spotyka się zwykle na znacznie wyższych pułapach cenowych, a zaawansowanie V10 na tym się nie kończy.
To, że średnie tony są przetwarzane przez przetwornik o średnicy aż 25 cm, może wydawać się kontrowersyjne, ale już za pomocą SourcePoint 10 udowodniono, że uzyskanie dobrych charakterystyk z tak dużej jednostki jest możliwe, chociaż pod pewnym warunkiem – częstotliwość podziału z wysokotonowym jest niska, wynosi 1,4 kHz.
Z tak niskim podziałem mamy też do czynienia w Argonie 7LX i R5t, gdzie co prawda nie jest on wymuszony dużą średnicą nisko-średniotonowych, lecz staraniami o jak najlepsze charakterystyki kierunkowe w pionie.
W każdym z tych przypadków pomaga temu umieszczenie wysokotonowego w falowodzie, który podnosi jego efektywność w zakresie kilku kHz – a membrana średniotonowego jest dla wysokotonowego w V10 właśnie falowodem. Ponadto jego wytrzymałość jest wyższa dzięki większej średnicy kopułki (niż standardowy 1 cal) – ma 32 mm.
Nie dajmy się zwieść niektórym opisom sugerującym, że dwie membrany bierne są niemal tym samym, co dwa kolejne głośniki, i dzięki nim brzmienie nabierze niesłychanej potęgi.
Czytaj również: Co to jest głośnik koncentryczny?
Membrana bierna to tylko i aż modyfikacja bas-refleksu (rezonatora Helmholtza), która w pewnych sytuacjach ma sens i przynosi korzyści, a w innych nie. Na pewno nie jest to odmiana obudowy zamkniętej i nie ma z nią nic wspólnego… poza tym, że nie pozwala na swobodną "wentylację" i przemieszczanie się powietrza pomiędzy wnętrzem obudowy a światem zewnętrznym, ale ewentualne wynikające z tego korzyści są marginalne w stosunku do zasadniczych, zupełnie odmiennych cech obydwu systemów. W układzie z membraną bierną zamiast powietrza w tunelu, porusza się membrana.
W membranie łatwiej skupić odpowiednio dużą masę (potrzebną dla uzyskania niskiej częstotliwości rezonansowej), a ponieważ ma większą powierzchnię niż tunel, więc prędkość jej ruchu może być mniejsza niż prędkość ruchu powietrza w tunelu, która gdy przekracza pewne wartości na skutek tarcia o ścianki tunelu, powoduje kompresję, a przy zakończeniach tunelu – turbulencje.
Głównym powodem stosowania membrany biernej (zamiast bas-refleksu) jest trudność zmieszczenia w obudowie tunelu o wymaganej długości, a nawet gdy znajdzie się na to sposób, to w długim tunelu niechybnie powstanie rezonans piszczałkowy. Tego problemu nie ma membrana bierna, jednak nie jest aż tak wesoło, aby zatrzymywała ona rezonanse fal stojących powstające w samej obudowie; jest na ich transmisję podatna niewiele mniej niż tunel, gdyż cienka membrana jest słabą barierą dla energii długich fal niskich częstotliwości.
O tę sprawę trzeba zadbać podobnie jak w obudowach bas-refleks, ustawiając membrany bierne w optymalnych pod tym względem miejscach obudowy. Również jej podział na dwie mniejsze komory – gdy pracują dwa głośniki i każdy może mieć swoją membranę bierną, tak jak w V10 – przynosi dobre rezultaty.
Pełna nazwa to SourcePoint V10 Master Edition. Ale czy to jeszcze na pewno SourcePoint?
Mimo że formalnie konstrukcja z odrębnymi niskotonowymi nie realizuje idei punktowego źródła dźwięku dla całego pasma (jak dwudrożne SourcePoint 8 i 10), ani nie zbliża się do niego za pomocą układu symetrycznego (co wymagałoby przeniesienia jednego niskotonowego powyżej modułu koncentrycznego), to w praktyce ten postulat jest zrealizowany, bowiem częstotliwość podziału z sekcją niskotonową jest bardzo niska, pozostawiając poza zakresem pracy modułu koncentrycznego zakres poniżej ok. 100 Hz (producent podaje częstotliwość podziału 130 Hz, wg naszych pomiarów jest nawet niższa), a źródeł tak niskich częstotliwości w zasadzie nie lokalizujemy (na skutek odbić fal docierających ze wszystkich stron).
Dlatego można by nawet stwierdzić, że sekcja niskotonowa V10 to "zintegrowany" subwoofer, ale takie sformułowanie raczej audiofilom nie przypadłoby do gustu. Za to nawet niezależnie od zalety działania układu koncentrycznego już od ok. 100 Hz, przetwarzanie tak szerokiego zakresu przez głośnik średniotonowy spodobałoby się wielu konstruktorom, chociaż może też mieć mniej korzystne konsekwencje – głośnik średniotonowy jest mocno obciążony, nawet jeżeli nie dużą amplitudą (która powyżej 100 Hz jest już niewielka), to mocą cieplną, a to może powodować kompresję (na długo, zanim spali cewkę).
Jednak "sourcepointowe" priorytety skłoniły konstruktora do takiej konfiguracji, a potencjalne problemy przeciążenia średniotonowego redukuje jego wysoka efektywność, związana z jego… dużą powierzchnią. Nic nie jest tutaj bez akustycznej przyczyny i tylko dla wizualnego efektu, chociaż swoją drogą trzy 25-cm jednostki, w różnych od siebie odległościach, wyglądają spójnie i majestatycznie.
Czytaj również: Dlaczego otwór bas-refleks nie promieniuje w fazie przeciwnej do fazy przedniej strony membrany?
A dlaczego Master Edition?
Nie tylko dlatego, że jest to flagowa konstrukcja MoFi. Takie miano nosi też specjalna wersja podstawkowych SourcePoint 10, wprowadzona również w zeszłym roku. Może ktoś narzekał, że w standardowych wersjach, w zwrotnicach stosowane są "słabe" komponenty (czyli normalne Andrew Jones ma do tego podejście racjonalne, ukształtowane wiedzą techniczną, a nie audiofilską), jednak uległ presji lub – patrząc na to inaczej – wykorzystał szansę, bo przecież wszelkie specjalne edycje są przez nas przyjmowane z wielką ochotą. Dlatego przygotował "uszlachetnioną" lepszymi komponentami wersję (cewki powietrzne, kondensatory polipropylenowe) SourcePoint 10 Master Edition, droższą o kilka tysięcy. W ofercie pozostaje też wersja standardowa, a jej właściciele mogą kupić zestaw apgrejdujący, sprowadzający się do nowego terminalu z przymocowaną do niego zwrotnicą.
V10 występuje wyłącznie w wersji Master Edition, tutaj już nie ma czego poprawiać. Chociaż najbardziej uparci na pewno znajdą miejsca, w których da się włożyć jeszcze lepszy kondensator czy rezystor. Wersja Master Edition dodaje coś jeszcze – przełącznik poziomu wysokich tonów, działający w bardzo subtelnym zakresie +/-1 dB.
Andrew Jones wie, że kolumny dobrze zestroił, ale taki "ostatni szlif", związany z akustyką pomieszczenia, systemem czy też naszym gustem – pozostawia użytkownikowi. Żeby się to tylko nie skończyło biegunką… ciągłym chodzeniem do terminali.
Styl wzorniczy jest doskonale znany z wcześniejszych SourcePoint, tylko "przeskalowany" do kolumny o potężnej posturze. Z zastosowania 25-cm jednostek (całkowita średnica ich koszy to nawet 27 cm) musi przecież wynikać znaczna szerokość (w najszerszym miejscu 36 cm, z tyłu 32,5 cm), ale do osiągnięcia objętości optymalnej dla takiego arsenału była też potrzebna spora głębokość (47 cm) przy wysokości aż 125 cm, bowiem obudowa wcale nie "kończy się" tuż ponad modułem koncentrycznym (którego oś znajduje się na wysokości 100 cm), lecz sięga wyżej najpierw płaskim "czołem", a potem skosem, co też ma (pozytywne) znaczenie akustyczne, podobnie jak w podstawkowych SourcePoint 8 i 10.
MoFi Sourcepoint V10 Master Eition - odsłuch
Test tych kolumn odbył się na początku jesieni 2025 roku, kiedy były one jeszcze nowością, ale mimo że miałoby to swoje oczywiste walory (a my zasługi), nie mogliśmy opublikować go natychmiast, z powodu "kolejki" innych, wcześniej testowanych kolumn.
V10 są znacznie większe od konkurentów, ale mimo to ich dźwięk jest… zupełnie normalny. Jak wszystkich SourcePointów, tylko w innej skali, z większą dynamiką, niższym basem, obszerniejszą sceną. W związku z tym nasuwa się wniosek, że to kolumny do większych pomieszczeń… Ale nie tylko.
To kolumny bardzo uniwersalne zarówno pod względem systemowym, jak i muzycznym. Do pomieszczeń może nie małych, ale na pewno już średnich, a do dużych… raczej tutaj pojawia się pewne zastrzeżenie – ustawione daleko od ściany (za nimi) i słuchane z miejsca również od ścian oddalonego (co przecież w dużych pomieszczeniach jest niemal regułą), nie każdemu zaimponują basem, nie zagrzmią i nie zaryczą.
Zresztą nawet przysunięte do ściany na ok. 1 m nie sprawią kłopotu wyraźnym nadmiarem niskich tonów, lecz zakres ten optymalnie się wzmocni i całe brzmienie nabierze "mocy" – jakiej mamy prawo oczekiwać po kolumnach tej wielkości. Jednak będziemy musieli się o to trochę postarać. Chyba częściej niż o "uspokojenie" basu zbyt rozhulanego.
Czytaj również: Na jakiej zasadzie działają kolumny z głośnikami niskotonowymi na bocznej ściance, jakie są zalety i wady takiego ustawienia?
Wobec zastosowania dwóch dużych niskotonowych (z parą podobnej wielkości membran biernych) niektórzy mogą być taką niskotonową powściągliwością zdziwieni i rozczarowani, ale nikt nie powinien się za to na nikogo obrażać. Są kolumny w tej cenie, które generują więcej basu (np. opisywane w poprzednim numerze Martin Logan Motion XT F200) i wszystko to jest dla ludzi.
Membrany bierne nie mają za zadanie basu wzmocnić (bardziej niż "zwykły" bas-refleks), a cała koncepcja i strojenie jest w konstrukcjach MoFi zawsze podporządkowana dobremu zrównoważeniu, neutralności i dokładności. Zresztą już wcześniej, projektując kolumny czy to dla TAD-a, czy dla Elaca, Andrew Jones stosował się do takich priorytetów i konsekwentnie unikał brzmienia wybuchowego czy wyostrzonego, nazbyt efektownego. Mimo że konstrukcje z silną sekcją niskotonową pozwalają bardziej "poszaleć", żadnych ekscesów tutaj nie ma, wszystko jest poukładane i zdyscyplinowane.
V10 nie zagrają potężnie, gdy samo nagranie nie ma dość służącej temu substancji, nie otulą ciepłem, nie powiększą ani nie przybliżą wokalistów – ci są tam, gdzie ustawił ich realizator nagrania. Nie zawsze wyraźnie zarysowani, nie zawsze "namacalni", bo to też nie zależy od kolumn czy ogólnie od naszego systemu.
W kolejnych znanych mi nagraniach wszystko było na swoim miejscu, tak klarowne, jak być powinno, z dobrym różnicowaniem, bez przerysowań i ściągania uwagi na detale – ale i bez żadnej "kotary", tłumienia i zaokrąglania. To komfortowe połączenie dokładności i naturalnej barwy.
Czytaj również: Po co w zespołach głośnikowych jest zwrotnica?
Dźwięk nie ma w sobie nic syntetycznego, metalicznego, klinicznego. Wysokie połączono płynnie, bez osłabień i dzwonienia, mają gładką, satynową fakturę, są optymalnie selektywne i proporcjonalne, "schludne", bez zapędów techniczno-analitycznych, ale też bez specjalnego "napowietrzenia"; ważniejsza jest tutaj całościowa kompozycja, która jednak wymaga wysokiej i wyrównanej jakości wszystkich składników.
Z zastosowania układu koncentrycznego wynika nie tylko teoretyczna, ale jak najbardziej praktyczna zaleta – charakter brzmienia nie zmienia się wyraźnie, gdy usiądziemy niżej lub wyżej (chociaż dobrze opanowali to również konkurenci, mimo że ich układy symetryczne wcale nie są pod tym względem takie "pewne"); z tym też może być związane ogólniejsze wrażenie spójności i stabilności, zarówno tonalnej, jak i przestrzennej.
Scena rozpościera się szeroko, pozorne źródła potrafią wyjść poza bazę (ten psychoakustyczny fenomen opierający się na przesunięciach fazowych jest "prawdziwą iluzją", którą można nagrać) i na naturalnej wysokości, co też wpisuje się w "zwyczajność" a zarazem wszechstronność V10.
Wreszcie możliwość zagrania bardzo głośno, dynamicznie i czysto. Nie będziemy z tego korzystać na co dzień, lecz kiedy przyjdzie na to ochota, V10 będą z nami "współpracować" bez żadnych oporów. A przy umiarkowanych poziomach wcale nie gasną, grają "na luzie", gładko i lekko. Niekoniecznie przeniosą nas do innego, lepszego świata, ale wedle kryteriów obiektywnych – a uważam, że takie też są i warto się ich trzymać – to kolumny bez skazy.
| Moc wzmacniacza [W] | 200 |
| Wymiary [cm] | 125 x 36,5 x 47 |
| Rodzaj głośników | W |
| Impedancja (Ω) | 5 |
| Czułość (2,83 V/1 m) [dB] | 89 |
Laboratorium