Nagrody EISA 2017-2018
Nagrody EISA
2017-2018
Michał Urbaniak: Na "Beats & Pieces" jest wielu mówców, ale muzyka nie jest przegadana

Michał Urbaniak: Na "Beats & Pieces" jest wielu mówców, ale muzyka nie jest przegadana

Newsy

Dodano: 20 kwiecień 2018

W cyklu wieczornych spotkań "Piątki z nową muzyką" w Studiu U22 w Warszawie odbyło się kolejne spotkanie z wybitnym jazzmanem Michałem Urbaniakiem, a okazją był długo oczekiwany album "Urbanator Days - Beats & Pieces". Spotkanie poprowadził znakomity dziennikarz, redaktor radiowej Trójki, Piotr Metz, skądinąd znany jako audiofil i kolekcjoner sprzętu audio vintage.

- Już w latach 60. jazzmani rapowali, tylko bez słów - powiedział Michał Urbaniak. - To był ten sam timing, ten sam feeling, ten sam swing. Trzeba było lat, żeby podchwycili to poeci. W 1989 r. w Nowym Jorku usłyszałem nad ranem stację radiową, nadającą recytacje poezji z muzyką Johna Coltrane`a w tle. Strasznie mi się to spodobało, pomyślałem, że wezmę do zespołu poetę, który będzie melodeklamował swoje wiersze w czasie naszych koncertów. Kiedy podczas prób złapał nasz rytm, to zaczęliśmy razem swingować. Stało się dla nas oczywiste, że jazz i hip-hop to jedna rodzina.

Mój image "Polish Fiddler" - polskiego skrzypka w USA - jednak nie pomagał mi w przekonaniu decydentów show biznesu, że możemy grać i nagrywać jazz-hip-hopowe płyty. Mimo że miałem już na koncie nagrania z Herbie Hancockiem i Lennym White`em. Przez trzy lata chodziłem z tym pomysłem do wytwórni Columbia, Lenny White był ze mną i jest tego świadkiem. Rozmawialiśmy z szefem, George`em Butlerem. "To jest fajne - powiedział - ale to jest hip hop". Wziął za telefon i polecił mnie komuś.

Idę na inne piętro, siedzi tam kilku młodzieniaszków, słuchają, wreszcie jeden stwierdził: "Tu jest fajny groove, ale to jest jazz. George tego nie chce wydać?". Którejś nocy przyśniło mi się słowo Urbanator i rano pomyślałem, że to będzie nazwa mojego nowego zespołu. Ta nazwa się przebiła i w 1994 r. wydaliśmy pierwszy album pod nazwą Urbanator.

Źródła rapu i hip hopu biły w kilku ośrodkach: Nowy Orlean - bo tam jest wszystko; Chicago - gdzie panuje blues; Nowy Jork - to największy, arogancki i najostrzejszy ośrodek. Kiedy hiphopowcy się dorabiali, wyjeżdżali do Kalifornii, bo tam jest cieplej. Inspiracją hiphopowców była czarna muzyka gospel i blues. Kiedyś my, jazzmani, dobieraliśmy sobie raperów do swoich zespołów, a dziś często jest odwrotnie, to raperzy zapraszają jazzmanów do studia, żeby grali na ich płytach.

Słuchaliśmy nagrań, a Marek zatrzymywał je i mówił: "Poczekaj, ja tu coś dopiszę". To nie jest album, który został zaplanowany utwór po utworze, nie ma tu chronologii ani kontynuacji. Jest wielu gości. Marek gra na klawiaturach, śpiewa i rapuje. Nie spodziewałem się, że jest w tym taki dobry, a rapuje po angielsku z amerykańskim akcentem. Wystąpił cały mój zespół Urbanator, w którym rapuje Andy Ninvalle. Rap i hip-hop uratowały jazz, dzięki temu młodzież interesuje się tą muzyką. Na płycie "Beats & Pieces" jest wielu mówców, ale muzyka nie jest przegadana. Będzie też wersja płyty na winylu.

- To była dla mnie wielka przygoda - powiedział Marek Pędziwiatr. - Zaczęło się od telefonu od Patrycji Zarychty, która spytała mnie, czy zostanę producentem jej płyty, na której będą kompozycje Michała Urbaniaka. Zgodziłem się, bo to było dla mnie niesamowite wyzwanie. Zrobiłem trzy pierwsze aranże, a Patrycja przekazała je Michałowi. Któregoś dnia zadzwonił do mnie i słyszę w słuchawce: "Młody, skąd ty się wziąłeś?!

- Przez studio przewinęło się dużo osób, młodych artystów - dodał Urbaniak. - Byli też muzycy z dawnego Urbanatora. Mieliśmy swobodną atmosferę, panowało porozumienie ponad generacjami. Ja czasami czułem się młodszy o dwadzieścia lat, a kiedy byłem zmęczony, to czułem trochę więcej, niż mam. Ciągle razem pracujemy. Od czasu, kiedy zamknęliśmy program albumu "Beats and Pieces", powstały jeszcze dwa nowe utwory. Na płycie zagrał mój ukochany trębacz Michael "Patches" Stewart . Ze Szwecji przyleciał raper Anthony Mills, rodowity Amerykanin z Bronksu.

Ja gram na skrzypcach, saksofonach i na lirykonie. Wróciłem do saksofonu tenorowego, którego brzmienie kocham, ale jest dla mnie już trochę za ciężki. Niedługo będę miał plastikowy, tak że będzie O.K. Ten album jest swego rodzaju rewolucją w kraju, w którym muzycy mieli duże kłopoty z rytmem. Pamiętam, kiedy grałem w kwintecie Komedy, zdarzały się nam kłopoty z rytmem. To brzmiało jak jazz, ale nie miało jazzowego rytmu. Taki był cały jazz europejski, co odstraszyło wielu jazzfanów od tej muzyki. Dlatego postanowiłem organizować warsztaty dla młodych muzyków "Urbanator Days", które otwierają im spojrzenie na rytm. A jak jeszcze mają okazję zagrać z amerykańskimi muzykami, to dostają skrzydeł.

Na mojej nowej płycie rytm jest dominujący, takie jest działanie hip-hopu, a - co najważniejsze - jest euforia, taka, jaką czułem grając z Komedą. - Ten rytm w jazzie lat 60. był naturalny - dodał Marek Pędziwiatr. - Tak wtedy się grało i to się podoba nawet muzykom zagranicznym. Polski jazz jest ceniony na przykład w Londynie. Spotkałem się z muzykami, którzy są fanami polskiego jazzu, chętnie przylatują do Polski, żeby pograć z naszymi muzykami.

- Kiedyś przyszedł do mnie Marcus Miller, który grał czasem w moim zespole i spytał mnie: "Jak ty to robisz? Nawet kiedy napiszesz utwór w tonacji durowej, to ma w sobie jakiś smutek, melancholię." Powiedziałem mu, że pewnie my Polacy tacy jesteśmy, mamy to w sobie - dodał Michał Urbaniak. 

Po spotkaniu zapytałem naszego czołowego jazzmana o pierwsze spotkanie z Milesem Davisem, na którego albumie "Tutu" zagrał na skrzypcach solówkę w utworze "Don`t Lose Your Mind". - To było w 1962 r. w klubie Black Hawk w San Francisco - powiedział Michał Urbaniak. Byłem wtedy z zespołem Andrzeja Trzaskowskiego na stypendium rządu USA dla najlepszego zespołu jazzowego zza żelaznej kurtyny. Byliśmy w Stanach dwa miesiące na zaproszenie Departamentu Stanu i sami wybieraliśmy miejsca, które chcieliśmy odwiedzić. Patrzyliśmy, gdzie grał ktoś ważny i tam jechaliśmy. Przez sześć dni chodziliśmy na koncerty do Black Hawk, gdzie grał Miles.

Codziennie szczypałem się i nie mogłem uwierzyć, że coś takiego mi się przydarzyło. W tym klubie nie spuszczałem oka z Davisa, chodziłem koło niego, ale nie śmiałem się odezwać. Jeździł z nami wówczas znany amerykański krytyk Ralph Gleason, który uprzedził nas, że Miles z nikim nie rozmawia i żeby go nie zaczepiać. Siedziałem niedaleko niego i już to było wielkim przeżyciem. Kiedy wyszedł na przerwę pomiędzy setami i usiadł na krawężniku, poszedłem za nim i też ukradkiem mu się przyglądałem.

Marek Dusza

Pozostałe newsy muzyczne Zobacz wszystkie
Zobacz także
Audio - maj 2018

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Tradycyjne, wysokiej klasy kolumny głośnikowe, nowoczesne słuchawki bezprzewodowe i najnowsze amplitunery AV z wyższej półki - w każdym z tych trzech testów po trzy modele, a na potężną dokładkę wielki test wielkich kolumn: tubowych Blumenhoferów Gioia. I ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj

Newsletter
zapisz się i zyskaj
Zamów newsletter, a co tydzień otrzymasz porcję
wyselekcjonowanych wiadomości ze świata
audio-video i muzyki.
Teraz przy zapisaniu się na
newsletter otrzymasz bieżące
e-wydanie magazynu AUDIO
Okładka Audio