Magnus Öström: Nigdy nie mówiliśmy, że gramy jazz

Magnus Öström
Nigdy nie mówiliśmy, że gramy jazz

Specjalnie dla AUDIO - perkusista Magnus Öström opowiada o przyjaźni z pianistą Esbjörnem Svenssonem i o historii tria e.s.t.

Dodano: 6 wrzesień 2018

Czternaście lat temu miałem szczęście przeprowadzić rozmowę telefoniczną z Esbjörnem Svenssonem przed jednym z koncertów tria e.s.t. w Polsce. Teraz, z okazji premiery albumu "e.s.t. Live in London", wydanego w dziesiątą rocznicę tragicznej śmierci pianisty, rozmawiałem z perkusistą tego znakomitego zespołu, Magnusem Öströmem.

– Gdzie i kiedy spotkał pan po raz pierwszy Esbjörna Svenssona?

– Miałem wtedy trzy lata i moja rodzina przeprowadziła się do domu położonego naprzeciwko willi, gdzie mieszkał Esbjörn. On miał wtedy cztery lata i zapamiętał to spotkanie lepiej ode mnie, o czym mi później przypomniał. Zobaczył, jak walczę z moim bratem na śnieżki i ta bitwa musiała być zacięta, bo obawiał się o nas. Później bawiliśmy się jak dzieci, razem uprawialiśmy różne sporty.

– Kiedy przyszedł czas na pierwsze wspólne, muzyczne doświadczenia?

– Mieliśmy po osiem–dziewięć lat, kiedy zaczęliśmy cgrać" muzykę. Ja waliłem w puste puszki po konserwach, Esbjörn grał na mandolinie i kazoo, obaj śpiewaliśmy. Próbowaliśmy wykonywać rockowe utwory jak "Ballroom Blitz" grupy Sweet , „Rock Around the Clock" Billa Haleya. Zwykle wybijałem melodyjny rytm, ale po wielu próbach udało mi się uchwycić beat "Ballroom Blitz". Chcieliśmy grać muzykę i to była dla nas świetna zabawa.

Kiedy miałem dziesięć lat, dostałem w prezencie pod choinkę prawdziwy zestaw perkusyjny: bębny i czynele. Rodzina Esbjörna miała w domu fortepian, więc przeniosłem do niego moją perkusję i zaczęliśmy próby tworzenia własnej muzyki. Jeden z pierwszych utworów powstał jeszcze w okresie „puszek" i miał tytuł „Czy widzisz małpę w parku?". Następne nosiły tytuły: „Rekin na Hawajach" i „Ostatnie lato". Nie mieliśmy wiedzy o muzyce, te utwory powstawały w procesie prób i błędów, to był naprawdę magiczny czas.

– Jakiej muzyki słuchaliście jako nastolatkowie?

– Obaj lubiliśmy słuchać grupy The Sweet, a także Slade, Chicory Tip i innych popularnych na początku lat 70. zespołów. Mick Tucker z The Sweet był pierwszym perkusistą, którego rozpoznawałem i naprawdę lubiłem. Potem odkryłem Mitcha Mitchella, Buddy’ego Milesa i Iana Paice’a. Ich gra dochodziła do mnie z pokoju mojego starszego brata, który słuchał płyt m.in. "Band of Gypsies" Jimiego Hendriksa i "Machine Head" Deep Purple. Grałem razem z Esbjörnem od dziewiątego roku życia aż do jego śmierci, z czteroletnią przerwą, kiedy obaj byliśmy w różnych miejscach i w różnych zespołach. Więc w sumie było to ponad trzydzieści lat!

– Po przerwie spotkaliście się znowu i tak powstał zespół Stock Street B, jaką muzykę wykonywaliście?

– Około 1990 r. zaczęliśmy eksperymenty z nowym urządzeniem, jakie pojawiło się na rynku – samplerem. Obaj mieliśmy takie urządzenia i osiągaliśmy ciekawe efekty, to była świetna zabawa z dźwiękami. Używałem wtedy zestawu perkusyjnego Roland Octapad, jednej z pierwszych elektronicznych perkusji, którą można było połączyć z samplerem. Te próby doprowadziły do powstania formacji Stock Street B. Kilka razy wystąpiliśmy na żywo, ale żaden z nas nie był tak naprawdę zadowolony z efektów. W pewnym momencie zainteresowała się tym projektem jedna z duńskich wytwórni, ale na szczęście nie doszło do podpisania kontraktu. Po roku zdecydowaliśmy o zaprzestaniu dalszych prób i formacja przestała istnieć.

– Jak doszło do powstania tria e.s.t.?

– Esbjörn zapytał mnie, czy chciałbym założyć razem z nim nowe trio. To było zaraz po tym, jak pogrzebaliśmy projekt Stock Street B. Był wtedy zaangażowany we współpracę z różnymi zespołami popowymi, mniej lub bardziej popularnymi. Lubił tę różnorodność, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że coś traci. To, czego chciał, to możliwość lepszego wyrażenia siebie, w swoim stylu, bez żadnych kompromisów.

Czytaj również recenzję płyty Esbjörn Svensson Trio "e.s.t. Live in London"

Magnus Öström urodził się 3 maja 1965 r. w Vasteras, w środkowej części Szwecji. Był młodszym synem małżeństwa szwedzkich artystów. Ukończył Akademię Muzyczną w Sztokholmie. Od najmłodszych lat przyjaźnił się i współpracował z Esbjörnem Svenssonem, razem utworzyli trio e.s.t., zapraszając do współpracy Dana Berglunda. Po śmierci pianisty utworzył w 2010 r. własny kwartet nagrywający dla niemieckiej wytwórni ACT Music.

Magnus Öström urodził się 3 maja 1965 r. w Vasteras, w środkowej części Szwecji. Był młodszym synem małżeństwa szwedzkich artystów. Ukończył Akademię Muzyczną w Sztokholmie. Od najmłodszych lat przyjaźnił się i współpracował z Esbjörnem Svenssonem, razem utworzyli trio e.s.t., zapraszając do współpracy Dana Berglunda. Po śmierci pianisty utworzył w 2010 r. własny kwartet nagrywający dla niemieckiej wytwórni ACT Music.

– Pamięta pan pierwszy występ tria?

– Nie pamiętam pierwszego występu tria, ale utkwił mi w pamięci pierwszy występ z Danem Berglundem. Wcześniej występowaliśmy z fantastycznym kontrabasistą Hansem Backenrothem, lecz potrzebowaliśmy innego rodzaju energii. Poprosiliśmy więc Dana, żeby zagrał z nami w małym klubie na Starym Mieście w Sztokholmie Zorganizowaliśmy mu przesłuchanie, nie mówiąc mu o tym. Od pierwszego dźwięku czuliśmy, że Dan będzie pasował do tria. Poprosiliśmy go o dołączenie do nas i on przyjął zaproszenie. Byliśmy szczęśliwi.

– Jaka była alchemia tworzenia waszego oryginalnego brzmienia?

– Nie od razu mieliśmy wizję swojego brzmienia, dochodziliśmy do tego latami. Kombinacja naszych trzech osobowości, naszych różnych doświadczeń zdefi niowała brzmienie tria. Nigdy nie myśleliśmy: „Aha, brzmimy zupełnie inaczej niż reszta takich zespołów". Po prostu graliśmy swoją muzykę i okazało się, że brzmi ona nieco inaczej. Brzmienie rozwijaliśmy przez lata, byliśmy coraz bardziej pewni naszych pomysłów, korzystaliśmy z nowych inspiracji, byliśmy na tyle odważni, aby pozostać przy naszych przekonaniach.

– Kiedy przed laty rozmawiałem z Esbjörnem, powiedział mi, że graliście niemal w każdym klubie w Szwecji, a potem w Europie. Jaki był odbiór waszej muzyki, jak zmieniał się w czasie waszej kariery?

– Myślę, że mieliśmy szczęście, że od samego początku był to całkiem dobry odbiór. Oczywiście byli ludzie, którym się to nie podobało i prawdopodobnie myśleli, że nie gramy jazzu, ale tak naprawdę nigdy nie mówiliśmy, że gramy jazz. Pamiętam muzyka, który trochę się zdenerwował po tym, jak usłyszał koncert z muzyką z naszego albumu "e.s.t. Plays Monk". Wykrzyczał, że w naszej muzyce nie ma już Monka!

A dlaczego miałby tam być tylko Monk? Graliśmy jego muzykę, ale robiliśmy to po swojemu! Oczywiście, było tam dużo Monka, to były jego genialne melodie! Jak wiadomo, odbiór naszej muzyki poprawiał się dzięki rosnącej reputacji. Pamiętam, jak graliśmy koncert w Sztokholmie na początku lat 90., tylko dla naszych dziewczyn i dwóch pijanych żeglarzy na widowni, którzy zasnęli po naszej drugiej balladzie. Od tego momentu doszliśmy do trzech z rzędu wyprzedanych koncertów w Barbican Center w Londynie dla ok. 2000 osób każdy. To mówi wszystko.

– Jak wyglądało wasze życie w trasie i po niej, czego słuchaliście?

– Byliśmy przyjaciółmi, ale pracowaliśmy tak wiele razem, że musieliśmy odpocząć od siebie, gdy wracaliśmy z wojaży do domów. Prawdopodobnie spędzaliśmy ze sobą więcej czasu niż z naszymi rodzinami. Podczas tournee głównie czytaliśmy książki i słuchaliśmy muzyki. Wszyscy szukaliśmy nowych rzeczy w muzyce, ale myślę, że to Dan był tym, który najczęściej wyłapywał nowe brzmienia. Przedstawił nam zarówno Radiohead, jak i Pearl Jam. Ja słuchałem muzyki drum and bass, a Esbjörn – muzyki klasycznej.

– Jak wspomina pan Esbjörna Svenssona?

– Był osobą o wielkiej uczciwości i determinacji. Zachowywał się tak, jakby od początku miał określony cel. Myślę, że osiągnąłby wielkie rzeczy, bez względu na to, czego by się podjął.

– Jak kształtował pan swój styl, jakich miał perkusyjnych idoli?

– To pytanie, skąd pochodzi moja muzyka? Skąd bierze się twoja osobowość, pomysły, kreatywność? W pewnym sensie to tajemnica. Zawsze podobały mi się dźwięki różnych rzeczy, a ja jestem bardziej malarzem grającym na perkusji niż superinstrumentalistą. Moim pierwszym idolem był Mick Tucker, ale także sąsiad z naszej ulicy, który grał na perkusji – Reijo Pajunen, a także facet, od którego moi rodzice kupili mój pierwszy zestaw perkusyjny. Nazywa się Pal Jansson. Obaj mieli na mnie duży wpływ.

Potem, kiedy miałem 14 lat, widziałem na żywo Billy'ego Cobhama i było to oszałamiające! Później byłem przez kilka lat zafascynowany jazz-rockiem. Następnie, kiedy poznawałem jazz tradycyjny i modern-jazz, to Roy Haynes stał się jednym z moich ulubionych, choć oczywiście słucham wszystkich wielkich bohaterów perkusji, np. Elvina Jonesa i Tony'ego Williamsa. Miałem szczęście, że poznałem ich obu.

Esbjörn Svensson

Esbjörn Svensson

– Dużo pan ćwiczy?

– Nie jestem typem perkusisty, który ćwiczy osiem godzin dziennie w piwnicy, nigdy nie byłem. Oczywiście, że ćwiczyłem, ale nigdy tak wiele. Zdobywałem wiedzę i doświadczenie grając z innymi. Nadal jestem spragniony ćwiczeń na werblu tzw. paradiddle, zdecydowanie powinienem robić to częściej.

– Gdy kiedyś zapytałem Pata Metheny'ego, a później Joshuę Redmana, co cenią w europejskim jazzie, obaj powiedzieli: e.s.t. Byliście pierwszym europejskim zespołem na okładce magazynu "Down Beat". Jaki był odbiór waszych koncertów w USA?

– Mieliśmy świetne recenzje w USA. Pozostało mi wiele wspaniałych wspomnień z tras koncertowych. Dużo koncertowaliśmy przez lata w tamtejszych klubach. Wspaniałą trasą były trzy tygodnie, kiedy występowaliśmy jako support dla wokalistki k.d. lang! Organizatorzy chcieli, abyśmy pozostali w USA i występowali przed koncertami gitarzysty George`a Bensona, ale musieliśmy wrócić do domu.

Mieliśmy wiele pozytywnych opinii od muzyków, których spotkaliśmy. Oczywiście nie słyszeliśmy negatywnych rzeczy, bo rzadko zdarza się, aby ludzie mówili to wprost. Na pewno trwała dyskusja nad tym, czy to był jazz, czy nie. Niektórzy z amerykańskich słuchaczy prawdopodobnie myśleli, że nie gramy jazzu, ale dla nas to nie był problem, po prostu graliśmy swoją muzykę. Wiem, że Pat lubił naszą muzykę, później razem pracowaliśmy. Jednym z pierwszych festiwali w USA, na którym zagraliśmy, był San Francisco Jazz Festival i to właśnie Joshua Redman nas zaprosił, bo był dyrektorem artystycznym.

– Jak wspomina pan koncert w Londynie, który właśnie ukazał się na podwójnym albumie?

– Pamiętam salę koncertową i pozytywny nastrój. Barbican jest dość duży, ale daje poczucie intymności. Pamiętam wspaniałą publiczność, ciepłe uczucia płynące z jej strony. Kilka razy graliśmy w Barbican i za każdym razem czułem to samo.

– Zagrał pan w Londynie znakomite solo w utworze "The Unstable Table & The Infamous Fable", w jaki sposób powstały efekty? A przy okazji, to świetny tytuł, ale co oznacza?

– Używam tego samego rodzaju przystawek, co gitarzyści: delay, Whammy, różne fi ltry itp. Wykorzystuję je na swój sposób. Ten utwór był naszą opowieścią o amerykańskiej inwazji na Irak. Chodziło nam o niestabilny świat i pogłoski o tym, że Irak ma broń chemiczną, a jak się okazało - nie miał. Wykorzystano to jako pretekst do inwazji. Bez wątpienia dziś jest jeszcze gorzej: panuje powszechna dezinformacja, podawane są fałszywe wiadomości.

Rozmawiał: Marek Dusza

Fot. Marek Dusza

Audio - marzec 2019

Czytaj bieżący numer na swoim tablecie za darmo!

Test pięciu podstawkowych "monitorów", chociaż układowo dość prostych (dwudrożnych), został wzbogacony o wyjątkowo rozwinięte opisy konstrukcji i komentarze wyników pomiarów, odnoszące się też do wielu ogólniejszych wątków. Do tego finał testu wspaniałych, ...

Kup ten numer Zaprenumeruj Przejrzyj