Znowu wzmacniacze i zespoły głośnikowe. Czy to nie nudne? Zależy jak się pisze i jak się czyta. Jednak testy to przede wszystkim fakty, a nie poezja. Technika i wrażenia odsłuchowe. Gdzie tutaj puścić wodze fantazji?
Jeżeli już, to w odsłuchu… co niektórym wychodzi najlepiej. Wtedy można wziąć na warsztat cokolwiek i bardzo urozmaicić asortyment testów; gwoli ich solidności, należy je uzupełnić o szczegółowe warunki, w jakich były przeprowadzone, a więc przedstawienie komponentów systemu, nie pomijając akcesoriów, a także przebiegu procesu wygrzewania i zmian, jakie w tym czasie zaobserwowano – zmian z pewnością obiektywnych, przecież nasi eksperci nie są podatni na żadne zmienne czynniki zewnętrzne ani wewnętrzne.
Równowaga i transparentność, wierne i analogowe przetwarzanie docierającego do naszych uszu ciśnienia akustycznego na dźwięki, w ośrodku słuchu w korze skroniowej, a potem na emocje i wnioski rodzące się w korze przedczołowej – to fundament naszej wiarygodności i jakości.
Adekwatnie i analogicznie do wierności transmisji i wszelakiego przetwarzania przez sam sprzęt, ujętych w skrócie high-fi delity. My też jesteśmy hi-fi, a nawet high-end – gdy testujemy sprzęt z najwyższej półki. Po tym ironicznym, a nawet autoironicznym, czy wręcz samobójczym wstępie, nie wiem, czy jest jeszcze sens i miejsce, aby rozwinąć zasadniczy temat, jaki zaplanowałem. Ale spróbuję, choćby krótko. I nie będzie łatwo, bo tym razem zupełnie poważnie.
Otóż właśnie zespoły głośnikowe, pasywne albo aktywne, pozostają zarówno najważniejszymi elementami systemu, jak też mającymi największy wpływ na jego brzmienie. Tutaj jest co oglądać, sprawdzać, mierzyć, słuchać, chwalić i krytykować. Tutaj wciąż dużo się dzieje i zawsze będzie się działo, bowiem kiedy prąd elektryczny ma zostać zamieniony na dźwięk – muszą być zaangażowane specjalne środki techniczne; elektryczne i mechaniczne. Prosty w zasadzie działania przetwornik elektroakustyczny, zwany głośnikiem, jest wciąż daleki od doskonałości, a my dalecy od tego, aby dobry głośnik kupić za małe pieniądze.
Dzięki zaawansowanej elektronice jesteśmy bliżej tego, aby zmniejszyć zniekształcenia (co dobrze ilustrują testowane monitory aktywne, przynajmniej niektóre), ale połączenie tego z wysoka mocą i dynamiką potrzebną do oddania naturalnej siły wielu instrumentów i spektakli muzycznych wciąż wymaga poważnych "inwestycji", a mimo to nie daje rezultatów, które zadowalałyby wszystkich. Stąd nie tylko tak duża konkurencja w sektorze kolumn high-endowych (którą i tak można by tłumaczyć popytem na dobra luksusowe), ale rzeczywiste, wręcz potężne – tak jak one same – różnice między nimi, które z przekonaniem przedstawiamy w kolejnych numerach. W tym – Dali Kore, referencja duńskiej firmy.
Prezentujemy ją z dużym poślizgiem względem jej debiutu, jednak temat jest aktualny i będzie taki jeszcze długo, tym bardziej że rozwiązania z Kore powoli "spływają" do niższych serii Dali, więc te superkolumny będą przez wiele lat patronować całej ofercie. Jeżeli zostało jeszcze trochę miejsca dla Accuphase E-700…
Zastanawiające jest, jakim sposobem firma, która w ocenie jakości swoich kolejnych projektów opiera się głównie na pomiarach i parametrach, a nie na odsłuchach i deklaracjach o "muzykalności", zaskarbiła sobie taki szacunek audiofilów.
Na wszelki wypadek wyjaśniam, że tylko się z tego cieszę, chociaż żałuję, że nie ma więcej takich przypadków, a większość fi rm przymila się do swoich potencjalnych klientów deklaracjami o boskim brzmieniu (co i tak zawsze wymaga sprawdzenia) i ewentualnie hasłami "patentów" związanych często z banalnymi albo nawet pozornymi udoskonaleniami (czego już "zwykli" użytkownicy nie zweryfikują). Nasze audiofi lskie kory są bardziej ukształtowane doświadczeniami i dyskusjami o brzmieniu, niż wyedukowane lekcjami fizyki.
Andrzej Kisiel