Podczas jednego ze spotkań z producentami sprzętu, jakie wiosną odbywają się regularnie dla Stowarzyszenia EISA, jedna z najbardziej znanych postaci w naszej branży, właściciel dużej firmy, wyjaśnił, dlaczego jest zdeklarowanym wrogiem aktywnych zespołów głośnikowych. Nie chodzi o ich jakąkolwiek ułomność techniczną, funkcjonalną, brzmieniową czy estetyczną.
Wręcz przeciwnie… Chociaż nie ma rozwiązań idealnych, to konstrukcje aktywne są krokiem naprzód, co już dawno temu zauważyli choćby inżynierowie dźwięku. Kiedyś słuchali monitorów LS3/5a i innych, do dzisiaj przez nas ubóstwianych, ale oni dawno się z nimi pożegnali. Oczywiście można podnieść argument, że studio to nie salon w domu, ale różnica ukryta jest bardziej w naszych głowach niż w realiach technicznych i akustycznych.
I dlatego właśnie powinniśmy wspierać… tradycyjne rozwiązania, systemy zbudowane z wielu komponentów, połączone wieloma kablami. Bo to nas pasjonuje, daje radość, na to wydajemy duże pieniądze, więc cała branża może zarobić. My również. Czy to źle? Nie mówimy przecież o zawyżonych cenach dóbr podstawowych. W high-end dają się wkręcić tylko ci, których na to stać, inni poprzestają na rozwiązaniach tańszych… i bardziej racjonalnych. Ale racjonalność to niejedyna droga do szczęścia.
Sukces systemów aktywnych, zintegrowanych, nie da takiego pola do popisu nie tylko ich właścicielom, ale też sklepom specjalistycznym, które dzisiaj mogą klientów wtajemniczać i prowadzić przez meandry rozległej wiedzy, sięgającej głęboko w ezoterykę. Jeżeli natomiast problem sprowadzi się do opanowania nawet bardzo rozwiniętych funkcji, wtedy wystarczy Internet, instrukcja, a sprzęt audio będzie sprzedawany tylko tam, gdzie telewizory, pralki i lodówki.
Taki trend prawdopodobnie spowodowałby brak zainteresowania również dla najwyższej klasy systemów aktywnych, które tym samym wcale nie zastąpiłyby pasywnych, bo bez paliwa owej pasji, która napędza marzenia, również nasze wymagania byłyby znacznie mniejsze.
Andrzej Kisiel